czwartek, 6 października 2011

.

To trochę śmieszne jakiej patetyczności wymagamy od niektórych momentów w naszym życiu. Chcemy by pewne sytuacje, które w owym życiu mają miejsce były wyolbrzymiane, najlepiej w tle z jakąś podniosłą muzyką,  przy udziale promieni słońca czy innych zjawisk atmosferycznych, które tak naprawdę zdarzają się tylko raz na parędziesiąt lat, bądź kilka razy do roku na ekranach kin w kolejnych filmach akcji. Dlaczego tak jest? Naoglądaliśmy się chyba za dużo Króla lwa i chcielibyśmy, żeby pewne sytuacje, na przykład narodziny każdego nowego członka naszej rodziny, odbywały się w podobny sposób jak we wcześniej wspomnianej animacji- ktoś trzyma dziecko na rękach (najlepiej żeby ten ktoś przypominał szympansa) i pokazuje je całemu narodowi w rytm podniosłej melodii. Albo za każdym razem, gdy udaje się nam pokonać jakąś przeciwność chwielibyśmy stanąć na Lwiej Ziemi wydobywając z siebie taki ryk jak Simba, a reszta naszych oddanych przyjaciół wtórowałaby nam gdzieś w tle. Niestety to wszystko to zwykłe mrzonki, życie nie wygląda w ten sposób.
Ale o co konkretnie mi chodzi? O śmierć. Pewnie większość z nas widzi czasem przed oczami scenę własnej śmierci czy śmierci kogoś z naszych bliskich w patetycznym nastroju- nasza twarz zalana łzami, krzyk czy jakieś inne duperele, a w tle najlepiej Marszałek Dąbrowskiego lub motyw przewodni ulubionego filmu. Nic bardziej mylnego. 
Osobiście o śmierci jednej z najbliższych mi osób dowiedziałam się parę lat temu będąc w łóżku w starej, poplamionej piżamie i można wierzyć mi na słowo, nie było w tym niczego patetycznego. Katastrofa Smoleńska, kiedy to śmierć 96 osób zapukała do drzwi każdego Polaka czy tego chciał czy nie, zastała mnie również w łóżku, w sobotni poranek, kiedy to sprawdzałam statusy moich znajomych na popularnym komunikatorze gadu-gadu. I stało się, wiadomością tą zaszczycił mnie status mojego szkolnego kolegi Łukasza M. A o śmierci Steva Jobsa dowiedziałam się dzisiaj, wpadając z miską płatków w dłoni do mojego pokoju, w którym to rozbrzmiewał głos Marcina Prokopa, a z boku ekranu widniało kolorowe, nie mające w sobie nic patetycznego, logo Dzień Dobry TVN. Dokładnie pamiętam, jak gdy zaczynałam uwielbiać Johna Lennona, zapytałam mojego ojca co robił gdy Lennon zginął. Odpowiedział, że był w barze z kolegami, a ja czułam się zażenowana jego ograniczeniem, bo przecież taki moment! Historyczna chwila a on po prostu siedział w barze! Teraz wiem, że i moje dzieci za parę lat niezależnie od tego czym będą się interesowały, również wezmą mnie za osobę o ograniczonych horyzontach. Bo gdy mój interesujący się informatyką syn/córka zapyta o to co robiłam, gdy dowiedziałam się o śmierci takiego wizjonera jak Jobs odpowiem, że oglądałam program śniadaniowy jedząc płatki. Gdy moja interesująca się modą córka/syn zapyta mnie co robiłam gdy Alexander McQueen popełnił samobójstwo odpowiem, że dowiedziałam się z tego z zwykłego serwisu plotkarskiego Pudelek, który w tamtych czasach sprawdzałam 10 razy dziennie. I najprawdopodobniej też coś wtedy jadłam, bo mam zwyczaj jedzenia przy komputerze. 
Tak, w życiu nie ma nic patetycznego moi drodzy. Chociaż to, że piszę te słowa mając u swego boku Ipoda czyli wynalazek jednego z największych wizjonerów ostatnich lat, który dzisiaj przegrał walkę z chorobą, można uznać za trochę patetyczne. Nie omieszkam o tym wspomnieć córce/ synowi za paręnaście lat.