Zbliża się pamiętna i zarówno okrągła rocznica śmierci jednej z legend rocka, Johna Lennona. 8 grudnia minie dokładnie 30 lat od strzałów w Nowym Jorku, za którymi stoi Mark David Chapman, człowiek, którego nazwisko, czy tego chcemy czy też nie, zapisało się w umysłach ludzi na całym świecie najprawdopodobniej trwalej niż nazwisko mężczyzny stojącego za, nieudanym co prawda, zamachem na Jana Pawła II.
Z okazji owej rocznicy kolorowe magazyny, zarówno te z wyższej jak i z niższej półki, bombardują nas artykułami mającymi za zadanie odświeżenie pamięci o eks-beatlesie, a ja gdzieś pomiędzy czytaniem wspomnień Wojciecha Mana o życiu w PRL-u z McCartney`em i Lennonem, a wspomnieniami Yoko Ono, postanowiłam skusić się na Rozdział 27, film z roku 2007, opowiadający o Champanie, w którego- znakomicie zresztą- wcielił się Jared Leto.
To właśnie Leto jest największym plusem tego filmu. Doskonale wciela się w postać Chapmana i pokazuje świetny warsztat aktorski, udowadniając nam, że idol rozchichotanych nastolatek i jednocześnie piosenkarz może być doskonałym aktorem. Zresztą jego nastoletnie fanki najprawdopodobniej nie zdecydowały się na obejrzenie Rozdziału 27 ze względu na metamorfozę jaką przeszedł na jego rzecz ich idol, a która sprawiła, że Leto z amanta, o którym marzy prawie każda kobieta, stał się obleśnym mężczyzną, z odrzucającą aparycją i czynnikami niewerbalnymi.
Leto doskonale prowadzi narracje wydarzeń. Jego głos jest głęboki, stonowany i sprawia, że już od pierwszych sekund filmu, zdajemy sobie doskonale sprawę, że mamy do czynienia z osobą niestabilną emocjonalnie. Przez cały film obserwujemy wewnętrzną walkę Champana, który pragnie autografu od swojego idola prawie tak samo jak jego śmierci. Nerwowe ruchy Leto, jego mimika, aparycja, po prostu wszystko jest w moim mniemaniu idealne, a zarazem smutne. Uważam za niesprawiedliwe fakt, iż poświęcenie Renée Zellweger do roli Bridget Jones, zostało tak docenione przez wielu krytyków, a poświęcenie Jareda poszło tak naprawdę w niepamięć. To tak jakby amant i piosenkarz zespołu rockowego nie mógłby być jednocześnie dobrym aktorem, poświęcającym się dla roli i odgrywającym ją bardzo dobrze.
Jeśli chodzi o mniejsze plusy Rozdziału 27 to są nimi wplatanie fragmentów prawdziwych wydarzeń z tamtego okresu (smutek fanów, wspominanie przez nich Lennona itd.) i małe, nieznaczące sceny jak np. spotkanie przez Chapmana małego Seana w parku, scena, w której Leto i Lohan nawiązując do fotografii Lennona i Ono, stoją obok siebie w tym samym miejscu, które znajduje się na zdjęciu okładki najnowszej płyty Lennona, nawiązanie do historii morderstwa żony Polańskiego, które sprawcy nazwali piosenką Lennona i McCartneya i w sumie to tyle. Sam film jest dość nudny, akcja ciągnie się w nieskończoność, osobiście miałam parę razy ochotę krzyknąć ,,No zabij go wreszcie! Chcę żeby coś zaczęło się dziać!". Na dodatek film może być dla wielu osób niezrozumiały przez nawiązanie do książki Buszujący w zbożu J. D. Salingera. Osobiście miałam to szczęście, że przeczytałam ową książkę przed oglądnięciem Rozdziału 27, więc sceny takie jak np. ta, w której Chapman pyta taksówkarza co dzieje się podczas zimy z kaczkami z Central Parku, czy ta gdy siedzi z Jude w kawiarni i namawia ją do wyjazdu, nie są dla mnie niezrozumiałe. Postać Holdena Caulfielda, która jest dla Chapmana niczym guru prowadzącym go przez życie, również jest mi doskonale znana, lecz co z tymi, którzy owej książki nie przeczytali i nie mają o tym wszystkim pojęcia? Jeżeli reżyser miał zamiar w prawie każdej scenie nawiązywać do tej kultowej książki, powinien umieścić na plakacie ostrzeżenie ,,Jeśli chcesz w pełni zrozumieć ten film i jego przekaz, koniecznie przeczytaj najpierw Buszującego w zbożu inaczej będziesz miał lekki problem z interpretacją pewnych scen czy zachowań." Generalnie byłam troszkę zawiedziona całym tym obrazem i dałam mu ocenę 6/10 tylko ze względu na te małe plusiki, o których wspomniałam wcześniej i ze względu na rolę Leto, który starał się wycisnąć z tego, jakby nie popatrzeć pozbawionego jakiejkolwiek głębi scenariusza jak najwięcej. Reżyser i jednocześnie scenarzysta tego filmu próbował skupić się na myślach bohatera, jego wewnętrznej walce, lecz wyszło to dość powierzchownie. Myślę, że to czym dla świata była owa tragedia bardziej niż ten film, zobrazować może kilku zdaniowa wypowiedź Davida Stubbsa : ,,To zdarzenie było obok zamachu na Kennedy`ego, śmierci Diany i 11 września, jednym z tych momentów, w których wydawało się, że świat zanurzył się w mroku niekończącego się zaćmienia Słońca. To był bezprecedensowy akt przemocy, który powiedział coś nowego o nas samych, o prawdziwej naturze masowego kultu celebrytów oraz szaleństwie, jakie ten kult jest w stanie wywołać."