czwartek, 6 października 2011

.

To trochę śmieszne jakiej patetyczności wymagamy od niektórych momentów w naszym życiu. Chcemy by pewne sytuacje, które w owym życiu mają miejsce były wyolbrzymiane, najlepiej w tle z jakąś podniosłą muzyką,  przy udziale promieni słońca czy innych zjawisk atmosferycznych, które tak naprawdę zdarzają się tylko raz na parędziesiąt lat, bądź kilka razy do roku na ekranach kin w kolejnych filmach akcji. Dlaczego tak jest? Naoglądaliśmy się chyba za dużo Króla lwa i chcielibyśmy, żeby pewne sytuacje, na przykład narodziny każdego nowego członka naszej rodziny, odbywały się w podobny sposób jak we wcześniej wspomnianej animacji- ktoś trzyma dziecko na rękach (najlepiej żeby ten ktoś przypominał szympansa) i pokazuje je całemu narodowi w rytm podniosłej melodii. Albo za każdym razem, gdy udaje się nam pokonać jakąś przeciwność chwielibyśmy stanąć na Lwiej Ziemi wydobywając z siebie taki ryk jak Simba, a reszta naszych oddanych przyjaciół wtórowałaby nam gdzieś w tle. Niestety to wszystko to zwykłe mrzonki, życie nie wygląda w ten sposób.
Ale o co konkretnie mi chodzi? O śmierć. Pewnie większość z nas widzi czasem przed oczami scenę własnej śmierci czy śmierci kogoś z naszych bliskich w patetycznym nastroju- nasza twarz zalana łzami, krzyk czy jakieś inne duperele, a w tle najlepiej Marszałek Dąbrowskiego lub motyw przewodni ulubionego filmu. Nic bardziej mylnego. 
Osobiście o śmierci jednej z najbliższych mi osób dowiedziałam się parę lat temu będąc w łóżku w starej, poplamionej piżamie i można wierzyć mi na słowo, nie było w tym niczego patetycznego. Katastrofa Smoleńska, kiedy to śmierć 96 osób zapukała do drzwi każdego Polaka czy tego chciał czy nie, zastała mnie również w łóżku, w sobotni poranek, kiedy to sprawdzałam statusy moich znajomych na popularnym komunikatorze gadu-gadu. I stało się, wiadomością tą zaszczycił mnie status mojego szkolnego kolegi Łukasza M. A o śmierci Steva Jobsa dowiedziałam się dzisiaj, wpadając z miską płatków w dłoni do mojego pokoju, w którym to rozbrzmiewał głos Marcina Prokopa, a z boku ekranu widniało kolorowe, nie mające w sobie nic patetycznego, logo Dzień Dobry TVN. Dokładnie pamiętam, jak gdy zaczynałam uwielbiać Johna Lennona, zapytałam mojego ojca co robił gdy Lennon zginął. Odpowiedział, że był w barze z kolegami, a ja czułam się zażenowana jego ograniczeniem, bo przecież taki moment! Historyczna chwila a on po prostu siedział w barze! Teraz wiem, że i moje dzieci za parę lat niezależnie od tego czym będą się interesowały, również wezmą mnie za osobę o ograniczonych horyzontach. Bo gdy mój interesujący się informatyką syn/córka zapyta o to co robiłam, gdy dowiedziałam się o śmierci takiego wizjonera jak Jobs odpowiem, że oglądałam program śniadaniowy jedząc płatki. Gdy moja interesująca się modą córka/syn zapyta mnie co robiłam gdy Alexander McQueen popełnił samobójstwo odpowiem, że dowiedziałam się z tego z zwykłego serwisu plotkarskiego Pudelek, który w tamtych czasach sprawdzałam 10 razy dziennie. I najprawdopodobniej też coś wtedy jadłam, bo mam zwyczaj jedzenia przy komputerze. 
Tak, w życiu nie ma nic patetycznego moi drodzy. Chociaż to, że piszę te słowa mając u swego boku Ipoda czyli wynalazek jednego z największych wizjonerów ostatnich lat, który dzisiaj przegrał walkę z chorobą, można uznać za trochę patetyczne. Nie omieszkam o tym wspomnieć córce/ synowi za paręnaście lat.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Make love, not horcruxes.


Podekscytowanie, motyle w brzuchu i podniecenie wymieszane z oczekiwaniem na powrót mamy do domu. Powrót, który tak bardzo różnił się od wszystkich innych powrotów, bo w jej torebce znajdywała się ONA, kolejna część książki tak długo przeze mnie wyczekiwanej. Palce odbite na kolejnych stronach, posiadających lekkie wybrzuszenia, które do dzisiaj są pamiątką po tych wszystkich wylanych łzach. Światowy fenomen, z wraz którym dorastało tak wiele osób, w tym ja. Pierwszy film obejrzany jeszcze w podstawówce i ten ostatni, obejrzany prawie rok przed maturą. Siedem tomów, w których prawie na każdej stronie widać inspirację Tolkienem i II wojną światową; literatura fantastyczna, której fanką nigdy nie byłam. Ale to właśnie te książki kojarzą się ze smakiem dzieciństwa, z którym przyszło mi się pożegnać definitywnie tydzień temu. Jedyna książka, w trakcie której nie było czasu na jedzenie, sen czy potrzeby fizjologiczne, a kontakt ze światem zewnętrznym ograniczany zostawał do minimum. Twarze Daniela, Emmy i Rona najpierw tak dziecinne, teraz dorosłe i poważne. Gdzieś tam po drodze nasze zwyczajne problemy, niezależne od kont w banku, problemy ludzi nie tylko związanych z Harrym Potterem- pierwsza trawka, alkohol i miłości, z tą różnicą, że tylko ich zajmowały pierwsze strony tabloidów.  A wśród tego wszystkiego postać drobnej blondynki, która postanowiła pewnego dnia w kawiarni opisać świat osieroconego chłopaka z różdżką, po to by kilka lat później obudzić się bogatszą od rodziny królewskiej.
Czas się pożegnać z historią, z którą na równi dorastaliśmy, płakaliśmy, śmialiśmy się i ewoluowaliśmy. Nox.

czwartek, 30 czerwca 2011

I love you, I don`t wanna live without you, did you say that?


Mogę po raz kolejny wzruszyć się na tym samym momencie, spłakać poduszkę razem z moim psem u boku, mimo iż wydawałoby się iż przez jakieś dwa lata powinnam się na to wszystko uodpornić, ale nie, wszyscy wiedzą, że o 18:10 zawsze siedzę z chusteczkami i zawsze, gdy widzę końcowe napisy zastanawiam się co będę robić o tej porze za dwa lata, bo z roku na rok coraz więcej aktorów postanawia pójść inną drogą, brać udział w innych projektach, co w sumie jest naturalne ale też pozostawia jakąś pustkę, bo jak  teraz żyć własnym życiem w czasie, gdy co dziewięć minut zaczyna padać deszcz i dzisiaj znowu nas zlało, jedynym towarzyszem jest więc pilot, gazeta i książka. A jeszcze kilka dni temu było tak miło, kiedy siedzieliśmy na dworcu jedząc chińszczyznę i przyglądając się jak pociągi odjeżdżają, ludzie śpieszą się na wakacje czy do domów, na niektórych z nich ktoś czeka, niektórzy śpieszą się samotnie, starając się w tym pośpiechu nie zauważać swojej samotności, perony są jednak fajne.



sobota, 25 czerwca 2011

..

Odnalezienie tych płyt to jak jedna wielka wycieczka w przeszłość, ludzie stworzyli już parę lat temu machinę przenoszącą w czasie szkoda tylko, że nie zdają sobie sprawy z tego że są nią właśnie te wszystkie płyty cd, dvd i inne dyski czy karty pamięci, które zawierają tyle wspomnień i momentów łączących nas z tymi paroma nutami, słowami, zdjęciami, w dzisiejszych czasach nic nie znika nie tylko w sensie mentalnym, ale materialnym przede wszystkim. Ten początek wakacji bardzo daje się we znaki, spacery są tak jesienne i zimne i ten deszcz dzisiaj wcale nie był fajny, ta temperatura wcale nie powoduje uśmiechu i szczęścia tylko strach przed tym co nieuniknione, a z czym będzie trzeba w najbliższym czasie stanąć twarzą w twarz, skończył się słodki smak żelek Haribo i jedzenia popcornu, a właśnie jeśli chodzi o popcorn to dzisiaj znowu spaliłam kolejną porcję, a mama już wróciła i już nie będzie codziennego jedzenia budyniu na obiad, jajecznicy na kolację i zepsułam drzwi w aucie, ale co tam jest pięknie i Adam znowu przypomina swoimi piosenkami te wszystkie chwile, fajnie.


Jeśli chodzi o wieczór to jest American Psycho z życiową rolą Jareda Leto, który pojawia się na ekranie aż na 3 minuty, ale co tam ważne, że jest wymieniony w napisach. i truskawki, które za niedługo się już skończą.  No i mam wielką ochotę na jakąś grę telewizyjną, chyba czas ponownie zainwestować w pegazusa. 

piątek, 24 czerwca 2011

The Hills.

Czuję, że te wakacje będą jedną wielką sentymentalną podróżą do czasów przełomu podstawówki i gimnazjum. Już wczorajsza noc należała do filmów właśnie z tego okresu- Zakręcony Piątek, Wredne Dziewczyny, Pamiętnik Księżniczki i Jak dwie krople wody zaatakowały mój odtwarzacz DVD i pomogły przenieść się do czasów, gdy miało się te dwanaście czy piętnaście lat i w osobie Lindsay Lohan, Hilary Duff czy sióstr Olsen widziało się największe gwiazdy kina. Czas jednak, jak się okazuje, nie dla każdej z nich był łaskawy- narkotyki, więzienie, imprezy, anoreksja to to co potem zdominowało kolejne premiery filmowe z ich udziałem.
Jako że pogoda nie jest dla nas zbytnio łaskawa dzisiejszy dzień postanowiłam poświecić kolejnej sentymentalnej podróży, tym razem do czasów kiedy wakacyjne poranki spędzałam z maratonem MTV, w którym często pojawiał się serial The Hills zrealizowany w formie reality show.


The Hills opowiada o losach Lauren Conrad i jej przyjaciół w Los Angeles. Jak to często bywa w serialach i programach realizowanych właśnie w tym mieście, Los Angeles po raz kolejny okazuje się synonimem bogactwa, piękna, mody i wszechobecnego luksusu. Dziewczyny mimo tego iż są na początku swojej kariery zawodowej (Lauren jest stażystką w Teen Vogue i rozpoczyna dopiero naukę w szkole mody a Heidi pracę w PR ) mieszkają w pięknej willi z basenem i jeżdżą drogimi samochodami, nie wspominając już o ubraniach czy torebkach jakie noszą i o imprezach na jakich bywają. Mimo to ten luksus wcale nie jest motywem przewodnim owego serialu, tak naprawdę jest nim stawianie pierwszych kroków w budowaniu swojej kariery zawodowej, czyli to przed czym stoi każdy młody człowiek w pewnym etapie swojego życia. I tak jak to w życiu bywa- Lauren i jej przyjaciele często muszą podejmować trudne decyzje, które mieszają się z życiem zawodowym i prywatnym, które jak to często bywa nie idzie ze sobą w parze. The Hills to serial na faktach co sprawia, że ogląda się go z wielką przyjemnością, bo chociaż świat otaczający bohaterów znacznie różni  się od naszego, to prędzej czy później okazuje się, że problemy tak naprawdę są takie same. Oglądając te odcinki możemy też z całkiem innej pozycji przyglądać się związkowi Heidi i Spencera, gdyż każdy kto tak jak ja jest na bieżąco z wszelkimi serwisami plotkarskimi doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda teraz Heidi, jak wielką krzywdę wyrządziła swojemu ciału i trochę też swojej psychice.



czwartek, 16 czerwca 2011


 Ile jestem ci winien? Ile policzyłaś mi za swą przyjaźń? Ile były warte nasze słowa, kiedy próbowaliśmy wszystko od nowa? 


Tak biegniemy i biegniemy i tylko od czasu do czasu zauważamy jak zmieniają się pory roku, niedawno biegliśmy w płatkach śniegu, teraz biegniemy w słońcu i deszczu na przemian, kiedyś biegliśmy w rozwalających się sandałach i getrach z królewną śnieżką i skakanką w ręce, teraz w trampkach i dżinsach z komórką w kieszeni, ale przecież świat się nie zmienia, ciągle Ci sami ludzie, tylko kiedyś z nimi było inaczej, czasami spotykamy kogoś w naszych drzwiach, od tak przypadkowo, a potem ta osoba określa całe nasze życie, a przynajmniej kilka najbliższych lat tego życia, sprawia, że się uśmiechamy, że płaczemy, że chodzimy pijani, że rozstajemy się z pewnymi ludźmi, że oni nas zostawiają, że ławki zostają wyrywane z ziemi, że pewne przyjaźnie się kończą, a niektóre do nas wracają, że obracamy się w kręgu tych samych miejsc i ludzi, a jednak oni chudną, my tyjemy, za niedługo pojawi się nowy mały człowiek, a ten sam człowiek, który właśnie wtedy tak po prostu stał w drzwiach, teraz jest takim małym insektem, który od czasu do czasu się pojawia, ale tak naprawdę to już wcale nie jest ważne, bo jest tak wspaniale. Po czym poznaje się prawdziwe szczęście? Po tym, że  jadąc do Krakowa i słysząc o jakimś patronie od spraw beznadziejnych to mimo iż nie wierzysz w Boga to i tak nie masz nawet z czym do tego patrona iść, bo nie ma żadnych beznadziejnych spraw w twoim życiu, pierwszy raz od tak dawna po prostu nie ma żadnych kłótni, wyrzutów sumienia, szpiegowania, bólu, i słów, które ranią bo nawet te słowa nie mają żadnego znaczenia, jest tak po prostu dobrze. Póki co jednymi problemem jest dostanie się do Warszawy .



niedziela, 12 czerwca 2011

Najpiękniejsi.

Bez różnicy, czy są to pary tworzące związek w prawdziwym życiu, czy też tylko na potrzeby filmu czy serialu, zawsze przyjemnie się na nich patrzy, wchodzi w ich losy (jeśli sprawa dotyczy serialu czy filmu, jestem zdecydowanie przeciwna uganianiu się za gwiazdami z aparatem w dłoni), nieprawdaż?















sobota, 11 czerwca 2011

Summer time.

Wreszcie doczekałam się upragnionych wakacji ! :) Tych najlepszych, bo ostatnich, które spędzę jako pełnoprawna licealistka. Czas zapieprza, w czasie kiedy to piszę zostało mi 45 minut bycia osiemnastolatką. Nie wiem, nie czuję się na to 19 lat, wujek miał rację mówiąc rok temu, że po 18 lata pędzą jak szalone, no ale cóż niektóre rzeczy są nieuniknione i jak to mówią, w życiu są tylko trzy pewne rzeczy-  najpierw kolejne świeczki na torcie, podatki a później śmierć (;


W zeszłym tygodniu udało mi się aż dwa razy zagościć w Krakowie. Nie wiem czemu, ale to miasto nigdy nie potrafiło mnie do siebie przekonać, albo póki co nie potrafi tego zrobić. Wole nie nastawiać się negatywnie tak w stu procentach, bo nie wiadomo gdzie wyląduję za rok po zdaniu matury, ale jest tylko jedna rzecz, która zachwyca mnie w tych wąskich ulicach obładowanych autami z każdej strony - miejskie rowery i przemierzający na nich miasto ludzie. W moim mieście rzadko można zobaczyć kogoś na rowerze jadącego przez deptak, wszyscy pchają się wszędzie autami, a ja niestety należę od pewnego czasu do tych nieszczęśników i szczerze mówiąc, za każdym razem drżąc o swoje miejsce parkingowe, stojąc w korkach w trakcie powrotu do domu, albo- o zgrozo- jadąc w deszczu, dojrzewam do decyzji o zakupie właśnie takiego miejskiego roweru jak te widywanie w Krakowie. No bo czyż nie są piękne?





poniedziałek, 23 maja 2011

Do zobaczenia we wrześniu.

A wiec stało się, pomału wkraczamy w czas wakacji. Słońce, bezchmurne niebo, opalone ciała, mnóstwo czasu, który na początku dłuży się w nieskończoność, zwłaszcza gdy nagle pozbawieni wszelakich obowiązków nie wiemy na co mamy go przeznaczyć, a później ucieka tak szybko, że zanim się zorientujemy na głowę spadają nam pierwsze jesienne liście. 
Wakacje nie dają nam tylko przerwy od szkoły i związanych z nią obowiązków, ale nawet poprzez telewizję mówią nam wprost ,,wyjdź na dwór, zobacz jak świat pięknie wygląda w promieniach słońca". Mówiąc to ogłasza wszem i wobec przerwę. Od czego? Między innymi od seriali. 

I tak ostatni tydzień przyniósł nam odpowiedzi na wiele pytań, bądź przyniósł nowe pytania, sprawił również, że niektórzy z nas wbrew jakiejkolwiek logice nie mogą doczekać się września. Dlaczego? 

Dlatego, że scenarzyści po raz kolejny pokazują nam, że ściągali w szkole i nie mogą oduczyć się złych nawyków. Mamy rok Czesława Miłosza? Nie, zdecydowanie mamy rok płodnych kobiet. Nagle okazuje się, że w serialach wszystkie postaci są po prostu ...głupie i płodne. Bardzo płodne, bowiem w każdym oglądanym przeze mnie serialu pojawia się ciąża, a w 3 na 4 seriali pojawia się ona w finałowym odcinku danego sezonu. A to niespodzianka! A jak scenarzyści postanowili pożegnać się z swoimi widzami na te 3-4 miesiące? Rozpadami wszelakich związków będących motywem przewodnim serialu... 



-Naprawdę go kochasz, prawda? -Tak, Ale nie tak jak kocham Ciebie. Louis i ja to coś innego...Jest jaśniej i zwyczajniej. Uszczęśliwia mnie.- Ja nie. - Łączyła nas wielka miłość. Skomplikowana,intensywna, wciągająca. Nieważne co robimy i jak bardzo się kłócimy, zawsze nas będzie do siebie przeciągać. Czym jest zwykłe szczęście w obliczu tego wszystkiego? 

I tak w Plotkarze Blair zdaje sobie sprawę, że kocha Chucka (też odkrywcze!), wygłasza pełną sentymentalizmu mowę, przy której wiele osób uroniło pewnie nie jedną łzę, była ona bowiem tak wzruszająca, że sam "I`m Chuck Bass" wziął sobie ją do serca i puścił miłość swojego życia wprost w objęcia francuskiego księcia by spełniała się ona w roli księżniczki, w końcu każdy ma prawo do swojej własnej bajki. Ale, ale... Dorota, która przez 4 sezony robiła za mini wywiad śledczy ukryty pod fartuszkiem pokojówki, wyrzucając śmierci przeoczyła jedną ważną rzecz...Czy tam aby nie był ukryty test ciążowy z wynikiem pozytywnym? Skoro Serena ogłosiła celibat to chyba odpowiedź jest póki co jasna- mamy małego Bassa na Uper Est Side.  


A w 90210? Istne Love Story pod najbardziej żenującą postacią. Jest sobie jakiś ślub z panem młodym na słoniu, jest sobie jakaś matka panny młodej, która w ostatniej chwili pojawia się w namiocie z okrzykiem ,,Jednak poprowadzę cię do ołtarza", jest sobie bad boy, który z miłości stał się rybakiem, snobistyczna lalka barbie, której wszystkie tajemnice wychodzą na jaw i rozczarowani rodzice, których syn będący przykładem dla innych nagle zostaje wyrzucony z szkoły i a kuku ! Będzie ojcem ! Cóż, miejmy nadzieję, że inteligencję odziedziczy po ojcu, bo jego dziewczyna jest równie płodna co głupia, po prostu. 



-Dlaczego on ją kocha tak mocno? Co w niej jest takiego? -Nie wiem. Chyba nigdy nie wiedziałem. Myślę, że to cię czasem łapię za pierwszym razem a potem określa twoje życie. Staje się tym kim jesteś. 

Hank się zakochał!- chciałoby się wykrzyczeć patrząc na Hanka i jego piękną pani adwokat, która równie dobrze sprawdza się na sali sądowej co w łóżku swojego klienta. Leczy czy na pewno? Czy Hank jest gotowy pójść dalej, jak Karen, która przygruchała sobie swojego czarnego Jezusa, jak pieszczotliwie o nowym kumplu i chłopaku matki swojego dziecka mówi Hank? Nie. Bowiem nawet jeśli wszystko wygląda pięknie- tutaj jakaś gra w golfa, tutaj jakieś pocałunki, to Hank i tak wspomina przeszłość. Przybijmy sobie piątkę Hank! Jesteśmy tacy sami. Chodząc po tych samych miejscach wspominamy te same chwile. Tylko, że to o twoim życiu kręcą film. I to ty przechadzasz się po scenografii imitującej twój dom i patrzysz w twarze aktorek i aktorów, którzy mają za zadanie odegrać swoją rolę. Ale..ta mała czarna dziewczyneczka to nie Becca. Ta piękna blondynka to nie Karen. Niestety. Aha i Marcy jest w ciąży! Z mężczyzna, który miał 2 razy robią wazektomie! To się nazywa płodność!


piątek, 29 kwietnia 2011

I love The Sartorialist.

Nie bez powodu fotografia uznawana jest za jedną z dziedzin sztuki. Te dobre fotografie są estetyczne, wysublimowane, a przede wszystkim realistyczne. Przynajmniej chcemy żeby takie były, o co w dobie Photoshopa niestety trudno. Odsuńmy lecz od siebie na chwilę wszystkie fotografie mody pokroju  tych ukazywanych w Vouge, gdzie każda modelka jest idealnie szczupła, a jej skóra gładka, niczym ta zawierająca zamiast tkanek i warstw skórnych plastik ściągnięty rodem z lalki Barbie. Zanurzmy się w fotografii ulicznej- zdecydowanie mojej ulubionej kategorii. Widzimy w niej ludzi- tych ładnych i tych brzydkich. Tych z klasą i tych bez niej. Tych, którzy osiągnęli sukces i tych, którzy zostali na dole drabiny próżności i samorealizacji.  W fotografii ulicznej widzimy też- jak sama nazwa wskazuje- ulice. Ulice naszych miast, które sami przemierzany codziennie śpiesząc się do pracy, szkoły czy domu. Niby nic takiego, prawda?  Ot, codzienne, nieciekawe i monotonne życie każdego z nas. Ale to jednak fotografia uliczna w ostatnich latach zawładnęła gustami milionów i przeniknęła nawet do świata mody pokazując, że nie tylko modelki i projektanci mają gust, ale również zwykli, szarzy konsumenci, a klasykiem w ukazywaniu tej,dość przykrej dla niektórych prawdy, jest The Sartorialist. 


The Sartorialist to tak naprawdę Scott  Schuman, mężczyzna, który na co dzień mieszka sobie w Nowym Yorku. Kiedyś, jeszcze przed rokiem 2005 zajmował się modą, lecz w pewnym okresie swojego życia, dokładnie w wcześniej wspomnianym roku 2005, postanowił poświecić się opiece nad swoją córeczką i od tego czasu spaceruje sobie po ulicach różnych miast (z przewagą NY oczywiście) i robi zdjęcia ludziom, których wygląd go zainspiruje, zaciekawi i powiedzmy sobie szczerze- robi to świetnie. Jego zdjęcia to prostota, szczerość i przede wszystkim dusza bijąca od  postaci uwiecznionych na zdjęciach. Nie znajdziecie tutaj śladów photoshopa, nie zobaczycie pięknych sukni balowych należących do najbogatszych ludzi na Ziemi. Zmierzycie się natomiast z charakterem, modą, życiem i rzeczywistością w najlepszej estetyce miejskiego życia.Takiego troszkę naszego.










niedziela, 24 kwietnia 2011

Człowiek miewa w życiu takie chwile, że lubi otaczać się przedmiotami które przypominają smutek.

,,Człowiek miewa w życiu takie chwile, że lubi otaczać się przedmiotami które przypominają smutek"- to zdanie z noweli Bolesława Prusa towarzyszy mi od kilku dni. Ludzie, szczególnie w naszym kraju tak przywiązanym do tradycji, robią z świąt zawsze wielką sprawę i zamieszanie. Stają na głowie aby ugotować niesamowitą ilość potraw, które i tak najprawdopodobniej wylądują w koszu, przywdziewają sztuczny śmiech i idą do kościoła podając rękę i wybaczając ludziom, których nawet nie znają i nie mają czego wybaczać. A ja? Siedzę i otaczam się właśnie takimi rzeczami, które przypominają wcześniej wspomniany smutek. Jem, jem i i się smucę. Czym? Tym co zawsze, szczególnie  kilkoma filmikami z youtube, zdaniami zapisanymi na pewnej, należącej niegdyś do mnie stronie internetowej...
Ludzie, którzy mają problem z smutkiem potrzebują jakiś bodźców, które go wywołają nawet jeśli nie są one związane z ich życiem. W moim przypadku smutek i nawet w pewnych momentach łzy wywołuje ten film: 



 bo trzeba po prostu bodźca..






czwartek, 21 kwietnia 2011

Mogę znowu zamknąć oczy i zanurkować w tym, co jest tak dobre, że aż ciemne.

Hej,

Wskaż mi czas, w którym niemowlęce ubranka zamieniliśmy na wysokie obcasy, wskaż mi czas gdy sok pomarańczowy zamieniliśmy na Finlandię, gdy zamieniliśmy słowa na czyny, czas, w którym przestaliśmy z zawstydzeniem spuszczać wzrok mijając się bez słowa, wskaż mi czas, który ukształtował ten nasz ,,koniec", bo skąd wiadomo, że dzisiaj to co miało skończyć się już tak dawno wreszcie dobiło do portu? Skąd wiadomo, że ten koniec jest prawdziwym końcem? Kiedy tak naprawdę wiadomo, że ostatnie spotkanie jest tym ostatnim, że ostatnia kłótnia będzie tą ostatnią, że już nie będzie słowa przepraszam?
Kiedy dokładnie przez palce przeleciał nam ten rok, kiedy stopniał śnieg, kiedy ostatni raz zaciągnęliśmy się papierosem, kiedy zamieniliśmy kościół na naukę? 
Witaj w rzeczywistości, w tej rzeczywistości chyba nikomu tak naprawdę nie mówimy do widzenia, z nikim nie możemy się pożegnać na 100 procent bo skąd mamy czerpać pewność, że ta osoba za rok nie wróci, nie powie ,,hej to ja, pamiętasz mnie"? Dlaczego człowiek pamięta lepiej te dobre rzeczy niż te gorsze? Nie zgodzę się z konserwatystami, faszystami i innymi debilami twierdzącymi, że człowiek jest z natury zły. Naiwny na pewno, ale nie zły. Skąd mamy wiedzieć, że to co jest dobre naprawdę takie jest? Endorfiny? Endorfiny to skończone kurwy i manipulantki, zarabiałyby krocie w agencjach reklamowych umiejąc nam sprzedać największe gówno tego świata, reagują na czekoladę, która sprawia, że jesteśmy grubi i umieramy i na ludzi wyniszczających nas jak bakterie. Może tak naprawdę każdy z nas jest taką bakterią w czyimś życiu? 

sobota, 16 kwietnia 2011

Na depresję Coppola.



Mówi się, że na psychologię idą ludzie, którzy nie radzą sobie z własnym życiem i idą poskładać w całość swoje obawy i lęki. Mówi się, że człowiek nieszczęśliwy lubi otaczać się nieszczęśliwymi ludźmi bo nie może znieść szczęścia innych, bowiem przypominają mu oni o jego własnych niepowodzeniach i porażkach. Co więc robi człowiek gdy czuje się zagubiony? Chce spędzić trochę czasu z ludźmi równie zagubionymi jak on, najlepiej w mieście, które kojarzy mu się z pięknem, lecz tym pięknem w najmniej tradycyjnej postaci. Pięknem, w którym nie ma śpiewających ptaszków, zielonej trawki, drewnianej chatki i przystojnego mężczyzny z siekierą. W mieście pełnym tłumu, nowej technologii i krzyczących do nas, kolorowych neonów. Chcę spędzić czas w Tokio, do którego przenosi nas Lost in translation Coppoli.


 W Lost in translation przenosimy się w rzeczywistość dwójki zagubionych i osamotnionych ludzi, którzy pewnego dnia postanowili Come Together i pójść w miasto. A my, równie zagubieni jak oni jedynie podglądamy ich przez nasz szklany ekran, troszkę zazdroszcząc. Bo chyba każdy wolałby być samotny i zagubiony w wielkim mieście, w hotelu z wielkimi oknami wychodzącymi na Tokio, wśród innej kultury i innych ludzi niż w własnym mieście, z widokiem na to samo miejsce niezmieniające się od lat, i żyjąc w otoczeniu tych samych ludzi  każdego dnia.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Ryan Gosling.





Uwielbiam tego faceta, z każdą jego rolą przekonuje się, że jest tak po prostu dobry w tym co robi. Piskliwe nastolatki z buzującymi hormonami mają swojego Pattisona a Ci inni, w tym ja mają swojego Goslinga, równie nieokrzesanego i równie buntowniczego jak ten wcześniej wymieniony. Tylko Pan Ryan ma coś dodatkowego- talent i charyzmę. Gdy przypominam sobie jego rolę w Blue Valentine aż nie mogę uwierzyć, że to właśnie on mając 31 lat tak autentycznie zagrał rolę mężczyzny, będącego w dojrzałym związku małżeńskim chylącym się ku upadkowi. Właśnie za to przede wszystkim kocham kino. Potrafi ono przenosić nas w świat, o którym wcześniej nie mieliśmy pojęcia bądź też pokazuje nam ludzi w całkowicie innych odsłonach. Ale równie autentycznych.

 kocham to <3

niedziela, 10 kwietnia 2011

odchodzisz już 30 raz .


 Ile Cię trzeba dotknąć razy żeby się człowiek poparzył? 



I ochrzcili mnie
Chociaż ponoć głośno protestowałem
Teraz gdy głośno protestować chcę
Chcą okładać mnie pałami
I zabraniają
Ust całować płci tej samej
A sami dają mi karabin i każą strzelać
Do ludzi innej wiary..

I nic nie zmieniać
Tak jak jest, jest dobrze
Tak jak jest
Nic nie zmieniać
Tak jak jest
Jest dobrze
Tak jak jest..

Budują wieże do nieba
Ja wierze że pełni dobrych chęci
A z nieba uśmiechnięci
Czapkami machają kosmiczni turyści
Ojcowie na obcych ziemiach
Ślą miłość z prędkością światła
A w domach dzieci i matka
W palcach obracają ziarenka różańca

I nic nie zmieniać
Tak jak jest, jest dobrze
Tak jak jest
Nic nie zmieniać
Tak jak jest
Jest dobrze
Tak jak jest..

Siadaj koło mnie
To dla Ciebie jest ławka
Posłuchaj jak pięknie o miłości gada
Ten który miłości nigdy nie zaznał.

niedziela, 3 kwietnia 2011

.


Ludzie są tacy śmieszni i tacy malutcy, chociaż często nie zdają sobie z tego sprawy. Próbują wynosić siebie nawzajem na piedestał próżności, której tak wiele w dzisiejszym świecie, przyznają sobie nagrody za mądrość, za głupotę niestety też, każdy kto odkryje coś nowego czuje się wyróżniony i patrzy na innych z góry, jakby to co odkrył było jego zasługą, a nie natury, Boga czy czegoś tam. Właśnie, Bóg. Ci, którzy w niego wierzą myślą, że kiedyś za to wszystko spotka ich nagroda, że jak pocierpią i przejdą przez to z podniesioną głową to też zostaną na piedestał wyniesieni, tylko czym jest ten piedestał jak nie sztucznością i próżnością? Nie wierzę w Boga, ale wierzę w przeznaczenie bo inaczej nie da się wytłumaczyć pewnych zjawisk. Elizabeth Taylor zmarła niedawno i przypomniała mi o jednym- że jak coś wydarzy się raz to można do tego wracać w nieskończoność i nieważne, że jest to nieracjonalne, głupie i bezsensu, ale daje szczęście. Bo to się zdarza tylko raz. Ile razy wychodziła za Richarda Burtona? 2. Ale potem powiedziała, że wyszłaby za niego i trzeci mimo tych dwóch poprzednich rozwodów.
Ludzie w dzisiejszym świecie wstydzą się łez, najłatwiej je usprawiedliwić puszczając sobie jakiś łzawy dramat, właśnie dlatego do południa spędziłam czas na oglądaniu Chirurgów, z nimi zawsze chusteczki i łzy są usprawiedliwione i nie muszę mówić dlaczego. Ludzie są głupi, myślą, że jak przyjdzie wiosna to wszystkie ich problemy się rozwiążą, ale to gówno prawda, bo niby dlaczego to właśnie na wiosnę popełnia się najwięcej samobójstw? Wszyscy mądrzy tego świata nagle zdają sobie sprawę, że te hormony szczęścia na widok słoneczka i nowego chłopaka/ dziewczyny w ich życiu nie wiele zmienią.
A podobno jesteśmy tacy mądrzy, że zasługujemy na nagrody.

sobota, 2 kwietnia 2011

There is a time when we all fail.


 Sofia Coppola ma opinię reżyserki bardzo melancholijnej. Jej filmy charakteryzują długie ujęcia, które skupiają się nad odwiecznymi problemami naszej, dość marnej, egzystencji. Coppola uwielbia zbliżenia na nasze problemy, marzenia i kompleksy, które uwydatnia w swoich filmach i pokazuje w krzywym zwierciadle z lekko sarkastycznym uśmiechem. Jej opowieści i ich bohaterowie nie są dla wszystkich, szczególnie dla tych, którzy kochają akcję- wybuchy samochodów na amerykańskich ulicach, bomby, krew i strzelanie z bazuki bądź ostatecznie z pistoletu kieszonkowego, o czym świadczą recenzje jej najnowszego filmu Somwhere. Krytycy zarzucają Coppoli, że zmarnowała potencjał świetnego scenariusza, że w filmie jest za mało dialogów, że w trakcie prawie 2 godzinnego seansu nie dzieje się NIC. Mamy parę ładnych w pojęciu estetycznym ujęć, świetną  Elle Fanning, która mimo swojego młodego wieku jest jedynym dobrym punktem całej tej produkcji. Osobiście zgadzam się z wszystkimi wyżej wymienionymi zarzutami, ale fakt jest jeden- po seansie z lekkim przymrużeniem oka patrzyłam na twarze krzyczące do mnie z  okładek kolorowych czasopism. Kto wie jaka cenę płaci ta kobieta ubrana w najdroższe ubrania i wymalowana najdroższymi kosmetykami za to, że każdy zna jej nazwisko i stan cywilny?
Somewhere jest opowieścią o hollywoodzkim aktorze Johnny`m Marcu, który w pewnym momencie swojego życia stracił jego sens. Mieszka w hotelu, w którym stacjonują największe sławy, jeździ pięknym, czarnym lamborghini, gra w wysokobudżetowych produkcjach, a wolny czas spędza na oglądaniu gołych tyłków dwóch striptizerek, seksie, bądź zakrapianych imprezach. Jest znudzony tym o czym marzy tysiące ludzi na całym świecie- sławą. I nagle w jego życiu pojawia się jedenastoletnia córka Cleo, z którą ma co prawda poprawny kontakt, ale nie na tyle bliski jak powinien mieć ojciec w pełnym tego słowa znaczeniu.  Johnny jest bardziej kumplem swojej córki niż jej ojcem, wydawać się wręcz może , że mimo dzielącej ich różnicy wieku są na podobnym poziomie intelektualnym i merytorycznym, oboje czerpią radość z jedzenia lodów przed telewizorem, grania na konsoli telewizyjnej i wygłupów. Lecz to właśnie Cleo swoją jazdą na łyżwach poruszy jego wrażliwe, aktorskie serce i spowoduje, że jej ojciec zatęskni za normalnością i czułością, której nie zastąpi mu nawet najlepszy seks z najpiękniejszą kobietą w hotelu czy na imprezie.
Coppola w swoim filmie buduje kontakt widza z głównym bohaterem na zasadzie kontrastu. On mieszka w cudownym hotelu,  ty we własnym domu, w którym masz własne łóżko, w którym przed tobą nie spało tysiąc innych ludzi, on ma czarne lamborghini, ale ty masz samochód za którym nie ganiają uganiają się fotoreporterzy z kamerami i aparatami w rękach, on ma filmy kręcone na całym świecie, ale ty masz widok swojej córki na co dzień, nawet jeżeli tego nie doceniasz. Czy aby na pewno to jego życie jest snem? 


Somewhere to film, który warto zobaczyć, nawet jeśli po jego obejrzeniu stwierdzisz, że zmarnowałeś dwie godziny na zupełnej nudzie. Lecz czy życie każdego z nas jest pełne zawrotnej akcji ? Może właśnie od czasu do czasu warto się zatrzymać w tym świecie, który wymaga od nas pośpiechu i wybuchów? Może warto spojrzeć na aktora znudzonego życiem, na jego relacje z córką, przyprawione doskonałą muzyką? Tym filmem Coppola mówi  otwarcie: zatrzymaj się na chwilę, nie pędź, posłuchaj ciszy, pooglądaj miłe obrazki, wzrusz się małą dziewczynka na łyżwach. przecież jutro obudzisz się i wrócisz do rzeczywistości- pośpiechu, odgłosów samochodowych klaksonów, głośnej muzyki dochodzącej z odbiorników radiowych czy telewizyjnych. Wrócisz do życia.


sobota, 26 marca 2011

God help Bobby and Helen. They are in love in Needle Park.

Każdy z nas zna powiedzenie miłość jest ślepa, lecz przeważnie wielu z nas patrzy na nie z przymrożeniem oka i lekkim uśmiechem. Każdy lubi być zakochanym, wszelkie religie chwalą miłość pod każdą postacią, lecz co dzieje się wtedy, gdy miłość, a konkretnie jeden człowiek, którego nią obdarzyliśmy zmienia całe nasze życie na gorsze? Co dzieje się w momencie, gdy ukochana osoba pokazuje nam inny świat, świat, który sprawia, że tracimy część siebie, swoją samokontrolę? Poznajcie Bobby`ego i Dana. Dwóch mężczyzn, którzy pomogli przejść swoim dziewczyną przez drzwi z napisem Piekło z uśmiechem na ustach.


Wiele powstało filmów, w których poruszany był problem narkotyków. W niektórych pełniły one rolę tła, w niektórych były głównym motywem, jak właśnie w filmach takich jak Candy i The panic in Needle Park, w których to pokazane jest jak destrukcyjny wpływ na nas może mieć zakochanie się w nieodpowiedniej osobie, w tych  przypadkach w mężczyznach uzależnionych od narkotyków. Pisząc o tych dwóch filmach przypominają mi się słowa głównej bohaterki książki My dzieci z dworca Zoo, która opowiadając o swoim uzależnieniu i ukochanym chłopaku, szczerze powiedziała, że między narkomanami miłość jest niemożliwa. To znaczy jest jakiś tam zalążek miłości, ale i tak zawsze od tej drugiej osoby ważniejszy będzie narkotyk. Bo to właśnie narkotyk, a konkretniej nałóg dla narkomana jest najważniejszy. To on zawsze musi być nakarmiony i usatysfakcjonowany, nikt więcej. 
I tak jest w przypadku Candy i Dana oraz Bobby`ego i Helen.  To  co łączy te dwa filmy to zdecydowanie fabuła i wątek przewodni- miłość. Candy i Dan oraz Bobby i Helen  to czwórka młodych ludzi. Niby się kochają. Niby nie widzą świata poza sobą. Niby nie mogą bez siebie żyć. Ale gdy w grę wchodzi narkotyk Daniel nie widzi nic przeciwko temu by Candy się prostytuowała. Bobby na początku jest sceptyczny jeśli chodzi o prostytucję Helen, nawet przemocą pokazuje jej to jak bardzo jest z tego niezadowolony, ale w końcu się zgadza. Bo przecież nałóg trzeba czymś karmić, a to kosztuje. Helen kocha Bobby`ego. Wybacza mu nawet te siniaki i strach, przez który ukrywała się w łazience, bojąc się stanąć twarzą w twarz z ukochanym. Ale gdy w grę wchodzi jej życie, jej wolność, nie widzi nic złego w wydaniu Bobby`ego policji, przez co trafia on do więzienia. A gdy Bobby z tego więzienia wychodzi ona wiernie czeka na niego wiedząc, że on jej tą zdradę wybaczy. I tak faktycznie jest. Tylko do czego prowadzi takie życie? Prosto w otchłań i prawdopodobną śmierć. 
 
 
The panic in Needle Park jest filmem z 1971 roku i początkiem kariery filmowej Al Pacino, który z swoim łobuzerskim uśmiechem na ustach stworzył wyrazistą postać z krwi i kości i dziwię się, że to jego filmowa partnerka, a nie on została za rolę w tym filmie nagrodzona. Candy to natomiast film z 2006 roku z obiema genialnymi rolami, zarówno Ledger i Cornish spisali się znakomicie. Ukazane w nich historię wzruszają i stawiają pytania: gdzie dla niektórych kończy się miłość, a zaczyna uzależnienie? Nie tylko to od narkotyków, ale od przemocy, dotyku i spędzania czasu z tym jednym człowiekiem, który wcale nie wnosi w nasze życie niczego dobrego? Candy i Helen zanim poznały Daniela i Bobby`ego nie miały kontaktu z narkotykami, co więc spowodowało, że w końcu zostały narkomankami? Czy to, że Candy nie mając dobrego kontaktu z rodzicami, w Danie widziała swój największy autorytet i chciała być taka jak on? Czy to, że Helen była nieśmiała i nie mogła odnaleźć się w świecie Boby`ego, do którego ją wprowadził i w którym chciał żeby była trzeźwa? Bo przecież za to ją pokochał- nie brała. Tylko jak na trzeźwo żyć w takim świecie? W świecie, w którym z każdej strony otaczają cię narkomani będący na haju i policja uganiająca się za twoim chłopakiem? Jak sobie poradzić? Tylko za pomocą przełyku lub strzykawki. Bo jak inaczej?

sobota, 19 marca 2011

niedziela, 13 marca 2011

X Factor.


 Polskie programy rozrywkowe nie słynną z oryginalności, szczególnie te emitowane w największej, a zarazem chyba najbardziej komercyjnej stacji jaką jest TVN. I tak więc po Tańcu z gwiazdami czy Mam talent przyszedł czas na X  Factor. Program ten na świecie robi oszałamiającą karierę, w końcu to sprzedaje się najlepiej- walka o czyjeś marzenia. Ludzie lubią oglądać jak zwykłe gospodynie domowe stają się gwiazdami wielkiego formatu, przechadzają się po czerwonym dywanie i patrzą na nas z okładek magazynów, wzrokiem dającym nam do zrozumienia, że i my możemy być na ich miejscu, trzeba tylko uwierzyć w siebie. Ludzie lubią oglądać wzloty, upadki, ludzi utalentowanych i ludzi, którzy mówiąc szczerze, robią z siebie idiotów. Nic więc dziwnego, że polska wersja X Factor zgromadziła w poprzednią niedziele przed telewizorami kilka milionów ludzi. W jury zasiadła trójka znanych w Polsce postaci- Kuba Wojewódzki, który wydawać by się mogło,że pojawił się już w wszelkiego tego typu produkcjach, a którego jednak wciąż nie mamy dosyć, Maja Sablewska, menadżerka, która przez ostatnich kilka lat bardziej słynęła z rozstań i kłótni z największymi divami polskiego show biznesu niż z własnej osoby i własnego charakteru oraz Czesław Mozil, bardziej znany jako Czesław Śpiewa, artysta bezapelacyjnie utalentowany, lecz tworzący dość mało popularny  w Polsce gatunek muzyczny.
Nie znam się na muzyce, a co miesięczne czytanie Machiny tym bardziej nie czyni mnie osobą kompetentną do wyrażania się w temacie muzyki, niestety nie trudno zauważyć, że polski rynek muzyczny nie jest najlepszy. Oczywiście, znajdą się dobrzy śpiewacy, dobre zespoły, ale powiedzmy sobie szczerze, że są to nieliczne wyjątki i to tej starej daty jak Kasia Nosowska, Edyta Bartosiewicz, Adam Ostrowski. Przeważają u nas gwiazdy, które poza głupotą nie mają wiele do powiedzenia. Ubierają się, jak Candy Girl, w idiotyczne ubrania mające za zadanie imitować stroje Lady Gagi, mają mało inteligentne teksty o miłości bądź o wszelakich melanżach, za to z śpiewem mają bardzo mało wspólnego.  Oczywiście, żyjemy w czasach kiedy głupota i dziewaczne stroje są jak najbardziej w cenie i tutaj ukłon w strone Dody, której fanką nie jestem, ale do której mam w jakiś sposób szacunek i złego słowa na nią nie powiem, ale trzeba pamiętać, że Doda potrafi ŚPIEWAĆ, robić rzecz, o której większość młodych, polskich artystów nie ma pojęcia. Oj, ja głupia, jak mogłam myśleć, że żeby zostać piosenkarzem lub piosenkarką trzeba umieć śpiewać? Czy my żyjemy w średniowieczu? 
X Factor obejrzałam dzisiaj, trochę z nudów, trochę z ciekawości i zaskoczył mnie. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, bo przyniósł nadzieje. Przyniósł nadzieję na to, że może ludzie z wytwórni muzycznych wreszcie się opamiętają. I postawił przede mną najważniejsze pytania: Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w kraju, który ma tak wielu utalentowanych artystów, promowani są idioci bez talentu i z ilorazem inteligencji poniżej normy? Dlaczego polski rynek chce nas ogłupić, czy to jakaś teoria spiskowa?
X Facor choć w to trudno uwoierzyć wzrusza. Wzrusza ludzkimi historiami. Wzrusza polskim górnikiem, który napisał dalsze losy Harry`ego Pottera. I kurczę, mniejsza z tym, że nie potrafi śpiewać, bo przynajmniej już nie będzie próbował, ale kurczę miał odwagę coś zrobić, miał okazję spełnić marzenia i to zrobił. Wzrusza panią naczycielką z podstawówki, która wcale nie powinna siedzieć w szkole i użerać się z niesfornymi dzieciakami, ale powinna być conajmniej divą operową. Wzrusza wyrzutkiem o bliżej niezidentyfikowanej płci, który jak otworzy usta to sprawia, że wszystkie polskie uprzedzenia znikają. 
I dziękuję w szczególności Kubie Wojewódzkiemu, pani Maji i Czesławowi, że potrafią się zachować, potrafią obyć się bez chamskich komentarzy wypowiadanych do ludzi, którzy na to nie zasługują. I życzę polskiemu rynkowi muzycznemu by ten program naprawdę coś zmienił. Na lepsze.

piątek, 11 marca 2011

,,Prędzej zapamiętają mnie cipki waszych sióstr niż historia. "


Wyobraź sobie, że jesteś mężczyzną. Jesteś mężczyzną, mieszkasz w Kalifornii, codziennie budzą Cię promienie słońca, jeździsz porsche. Jesteś mężczyzną, mieszkasz w Kalifornii, jeździsz Porsche i jesteś przystojny oraz błyskotliwy, dzięki czemu często zdarza ci się budzić przy innej, równie pięknej kobiecie, a średnia wieku większości tych kobiet nie wynosi 27 lat. Oprócz tego, że mieszkasz w Kalifornii, jeździsz porsche i prawie codziennie masz inną partnerkę seksualną jesteś pisarzem. Dobrym pisarzem. Twoja książka odniosła wielki sukces, została przeniesiona na duży ekran, a w owej adaptacji zagrały największe sławy Hollywood, dzięki czemu tak naprawdę nie musisz pracować. Brzmi jak bajka, prawda? Życie niczym z amerykańskiego snu. Tak właśnie żyje główny bohater serialu Californication, Hank Moody. Jednak czy na pewno jest to życie jak ze snu? Californication nie jest łatwym obrazem, nie trafi do każdego. Jedni wyłączą go po jednym odcinku, bo nie jest on zbyt udany, dominują w nim dość wulgarne dialogi i częste sceny seksu. Inni jednak zdecydują się włączyć kolejny i zapewne zostaną już z bohaterami do końca sezonu, a może na kilka kolejnych.


Hank Moddy, wyłączając całą otoczkę, o której wspominałam, jest bohaterem tragicznym. Twórcy serialu jednak nie atakują nas tym tragizmem wprost, schludnie wplątują tragiczne wątki w śmieszne sytuacje i dialogi, tak by pokazać słodko-gorzki smak życia Hanka i jego przyjaciół.
Dlaczego Hank Moddy jest bohaterem tragicznym? Bo jego życie jest puste. Wielu ludzi w XXI wieku bardziej patrzy na materialne aspekty życia i chciałoby żyć w sposób hedonistyczny, zapominając o tym co w życiu jest najważniejsze, jakimi wartościami powinniśmy się kierować. Hank o tym pamięta, dlatego ponad życie kocha swoją dorastającą córkę i jej matkę, Karen, miłość swojego życia, jak często o niej mówi, Ale co z tego, że je kocha, jeśli tak naprawdę za co się nie weźmie to, mówiąc kolokwialnie, spieprzy? Co z tego, że kocha swoją córkę ponad wszystko, jeśli musi ona wychowywać się z ojcem, który nie radzi sobie z własnym życiem? I właśnie tutaj mamy kilka przykładów owego tragizmu, o którym wspominałam wcześniej, a który twórcy pokazują nam w humorystyczny sposób. Jak czuje się czternastoletnia dziewczynka, gdy w sypialni swojego ojca natyka się na rozebraną kobietę, bądź kiedy używa narkotyków, które znalazła w jego mieszkaniu? Jakim wzorcem dla swojej córki, którą tak kocha, jest Hank, gdy kiedy próbuje ją wychowywać, ona wprost mówi mu o tym, że sam nie zachowuje się lepiej, a jest od niej co najmniej dwa razy starszy?


Do mojej pięknej córki.
Piszę ci list. Zgadza się, prawdziwy list. To dość niepraktykowana już sztuka,niczym ręczne robótki. O cholera. Muszę ci coś wyznać. Z początku cię nie lubiłem. Byłaś małą, wredną osóbką. Zazwyczaj miło pachniałaś, ale nie interesowałaś się mną zbytnio. Co sprawiało, że czułem się lekko urażony. Byłaś ty i mama przeciwko całemu światu. Zabawne, że niektóre rzeczy nigdy nie ulegają zmianie. Więc dalej się bawiłem i robiłem z siebie głupca, nie do końca rozumiejąc,że rola rodzica zmienia człowieka. Nie pamiętam, kiedy dokładnie wszystko uległo zmianie. Po prostu o tym wiedziałem. W jednej chwili byłem niczym ściana, nieczuły na wszystko. Lecz chwilę później serce chciało wyskoczyć mi z piersi, wystawione na pastwę żywiołów. Miłość do ciebie była najbardziej intensywnym i bolesnym doświadczeniem. Brzemieniem niemal zbyt ciężkim do uniesienia. Jako ojciec złożyłem niemą przysięgę, by chronić cię przed światem,n ie zdając sobie sprawy, że sam przysporzyłem ci najwięcej bólu. Kiedy cofam się myślami w czasie, serce mi się kraje. Głównie dlatego, że mówiąc o mnie nie możesz czerpać żadnej dumy,bo skąd? Dba o wszystko i o nic w tym samym czasie. Szlachetny w myślach, żałosny w czynach.Coś musi się zmienić. Trzeba osiągnąć kompromis. 

 Hank kocha Karen, ale co z tego skoro tak często ją rani? Sypia z każdą kobietą, która tylko da mu znak, że ma na to ochotę, a jednak cały czas wraca do Karen, tłumacząc sobie, że seks i miłość to całkiem różne aspekty życia, nie łączące się ze sobą. Ale Karen ma tego dość, postanawia wyjść za Billa, porządnego mężczyznę, który być może wreszcie da jej stabilizacje, której ona i Becca tak bardzo potrzebują. No, ale znowu pojawia się problem- stabilizacja przegrywa z miłością, bo Karen tak naprawdę kocha Hanka. I wraca do niego. Do życia bez stabilizacji, do płaczu, kłótni, ale jednocześnie do miłości. Miłości ,przez którą cierpi ona, jej córka i sam Hank. 
Właśnie taki obraz pokazują nam twórcy serialu, obraz zwariowanej rodzinki, w której wszyscy kochają się na zabój, ale nie potrafią stworzyć wspólnie domu pełnego stabilizacji i bezpieczeństwa, bo ani jedno ani drugie nie leży w ich naturze. I tutaj pojawiają się najważniejsze pytania: Czy miłość jest wystarczająca? Dlaczego miłość nie pozwala nam być racjonalnym lub dlaczego nie pozwala nam tej racjonalności w sobie odnaleźć?

Californication to zdecydowanie dobry obraz. I ze względu na błyskotliwe dialogi, humorystykę sytuacji, czy jak wspominałam, świetną (!) grę aktorów, subtelnie wplatający tragizm, który sprawia, że nie siadamy do tego serialu z chusteczkami w kieszeni, tylko z piwem czy pizzą, bo jest to czysta rozrywka. Rozrywka, która z uśmiechem na twarzy przy okazji pokazuje nam w jak niebezpiecznych czasach żyjemy i do czego mogą one doprowadzić nas i naszych bliskich.

sobota, 5 marca 2011

Za każdym razem gdy zapomnisz ja będę pamiętał. I przypominał ci o tym.


Tak jak wcześniej pisałam, wracam do tematu filmów o miłości, tym razem nie z komedią romantyczną, lecz -jak twierdzi wszechwiedzący filmweb- melodramatem. 
Nicolas Sparks jest znanym na całym świecie pisarzem romansów, spod którego pióra wyszły takie książki jak List w butelce, Jesienna miłość, Wciąż ją kocham czy Pamiętnik. Wszystkie te książki łączą dwie rzeczy- są o miłości i wszystkie zostały przeniesione na duży ekran.
Pamiętnik można zaliczyć do typowej, schematycznej opowieści o miłości. Akcja rozgrywa się w latach 30 XX wieku, a więc II wojna światowa jest  naturalnym tłem wydarzeń. Allie jest dziewczynką z dobrego i bogatego domu. Noah jest biednym chłopakiem i artystą. Jak można się domyślić, ta dwójka zakochuje się w sobie. 
W Pamiętniku nie byłoby niczego niesamowitego- ot, kolejna płaczliwa historia o miłości, gdyby nie jeden szczegół- choroba. I to nie taka choroba, z którą spotykamy się w większości filmów (sam Sparks też nam ją przedstawia w Jesiennej miłości) czyli białaczka, rak piersi etc. Tym razem spotykamy się z jedną z najgorszych chorób współczesności, na którą w dalszym ciągu nie znaleziono lekarstwa. Choroba ta nie wykańcza organizmu, nie powoduje, że chory wymiotuje od chemioterapii, chudnie, leży tygodniami w szpitalu. Choroba, o której mowa najpierw powoduje, że zapominasz kluczy do mieszkania. Następnie zapominasz dosypać soli do zupy. Następnie wychodzisz na samotny spacer i nie możesz znaleźć drogi powrotnej do domu. A potem? Potem nie poznajesz znajomych, własnych dzieci...Tracisz to co najważniejsze- świadomość, wspomnienia, to co cię budowało. Ta choroba nazywa się alzheimer.
Co ma zrobić zakochany mężczyzna, gdy jego żona pomału zaczyna zapominać chwile, które ich wcześniej łączyły? Gdy zapomina, że on jest jej mężem, gdy nie poznaje ich własnych dzieci? Co zrobić, by pomóc jej przypomnieć sobie cząstkę swojej dawnej osobowości, historię swojego życia, które mimo iż należy do niej jest jej całkiem obce? Noah ma na to sposób. Codziennie każdego dnia czyta Allie historie pewnej miłości. Ich miłości. 

Decydując się na ten film trzeba bezapelacyjnie zaopatrzyć się w paczkę chusteczek higienicznych i wejść w tę słodko-gorzką historię całym sercem. Historię podzieloną swoją problematyką na dwa człony- ludzi młodych, którzy ze względu na dzielącą ich sytuacje materialną nie mogą być razem, mimo wielkiej miłości jaka ich łączy i człon drugi- dwójki starszych ludzi, którzy przeżyli ze sobą tak piękną historię, brutalnie odebraną im przez chorobę. 
Pamiętnik pod względem artystycznym stoi na bardzo wysokim poziomie. Mamy w nim piękne krajobrazy, sceny, które swoim pięknem a jednocześnie prostotą zapierają dech w piersiach, choćby piękna scena gdy Allie i Noah płyną łódką, czy scena pocałunku w deszczu. Mamy piękne kostiumy z epoki będącej do dzisiaj jedną z największych inspiracji projektantów.



Nie jestem fanką książek Sparksa, tak naprawdę to tylko Pamiętnik, w latach gimnazjalnych (a trzeba wierzyć, mi na słowo, że wtedy gdy byłam pełna nastoletnich hormonów wzruszał mnie nawet Pamiętnik księżniczki) potrafił mnie wzruszyć. Jednak filmowa adaptacja tej książki podobała mi się bardziej. Bo która dziewczyna od czasu do czasu nie lubi oglądnąć takiej historii? Historii o miłości i nie tylko tej trwającej kilka lat, ale tej po grób? Która z nas by nie chciała żeby w starości, gdy pewne szczegóły zaczną nam uciekać, nasz mąż trwał przy nas i przypominał o nich zawsze każdego dnia od początku? Do takiej cierpliwości i poświęcenia może zmusić tylko miłość. Ta wieczna.

wtorek, 1 marca 2011

Remember it?

Wygrzebałam z zakamarków mojego komputera odcinki popularnego dawniej serialu Życie na fali, co przez chwilę pozwoliło mi zatopić się w wspomnieniach z okresu podstawówki/ gimnazjum. Taki wielki zrobiłam przeskok przez te lata, aż nie chce mi się wierzyć, że na mojej półce leżą jaszcze płyty DVD takich filmów jak Wredne dziewczyny, Zakręcony piątek czy So little time. A to właśnie przy nich spędzałam większość czasu, słuchając piosenek Hilary Duff... To był bardzo dobry okres w moim życiu, póki co myślę, że najlepszy. Wszystko co najlepsze było wtedy jeszcze nieodkryte. To był smak kosztowania pierwszych wagarów, pierwszego alkoholu, pierwszych przyjaźni, które trwają nawet to dziś, mimo iż nie wszystkie. Teraz jedyne co odkrywam to złe strony tego wszystkiego co nas otacza, a wtedy to jakoś uśmiech nie schodził nam nigdy z twarzy. Nie żeby teraz było źle, nie.. Ale teraz nie ma tej adrenaliny, gdy trzyma się w dłoni piwo, nie wypada celować do siebie bananami w Kauflandzie, nie biega się już po deszczu po pijaku i nie ucieka przed policją, ani nie denerwuje się czy wpuszczą nas na koncert, czy tata odbierze mnie o 23 czy o 1 w nocy. Wszystko co kiedyś w jakiś sposób mnie denerwowało, teraz powoduje uśmiech. To były mimo wszystko piękne czasy, czasy kontroli rodziców, czasy zupełnej beztroski.



Cause I wanted to fly,
so you gave me your wings
and time held its breathe so I could see, yeach
and you set me free

niedziela, 27 lutego 2011

Miłość właściwie...jest wokół nas.

Mimo iż temat walentynek został już dawno zakończony wraz z serią kartek walentynkowych, czekoladkami i premierami komedii romantycznych, w najbliższych kilku postach opiszę filmy o miłości, które mnie czymś urzekły, najprawdopodobniej nigdy mi się nie znudzą i zawsze poprawiają humor, lub odwrotnie, wzruszają , niezależnie od sytuacji. Na pierwszy ogień pójdzie Love Actually, film z 2003r. 
Love Actually to perełka, która od kilku lat niezmiennie towarzyszy mi podczas świąt Bożego Narodzenia. Gdy ulice zostają przyozdobione różnorakimi światełkami, a w radiu rozbrzmiewa Last Christmas, ja włączam właśnie ten film i już po pierwszej minucie, gdy wita mnie głos Hugh Granta, owijam się szczelniej kocem z uśmiechem na ustach. Bo wiem, że następne dwie godziny spędzę w miłej, ciepłej atmosferze, w Anglii przygotowującej się do świąt, z brytyjskim akcentem i brytyjskim humorem, czy może być coś lepszego?


Love Actually to nie historia o kopciuszku, ani przede wszystkim historia dwóch osób. W fabule przewija się wielu bohaterów, często skrajnie różniących się od siebie, a jedyne co ich łączy to właśnie miłość, pod różnymi jej postaciami. Mamy tutaj pisarza, którego żona zdradziła z jego własnym bratem, więc by zaznać trochę spokoju wyjeżdża do swojej francuskiej posiadłości, gdzie jego gosposią zostaje niezwykle urocza Portugalka. Mimo iż dzieli ich najważniejsza bariera- bariera językowa, wytwarza się między tą dwójką niesamowita chemia. On mówi do niej po angielsku, ona do niego po portugalsku, a jednocześnie jakby dokańczają wzajemnie swoje myśli, tworząc normalny dialog. No, ale wiadomo, nie można całe życie zgadując to co druga osoba do ciebie mówi, więc miłość niesie ich na swoich skrzydłach aż do szkoły językowej.


Mamy świeżo upieczonego premiera, który już w pierwszym dniu swojej pracy zakochuje się w swojej pracownicy o lekko kobiecych kształtach i niewyparzonym języku. Na dodatek pan premier ma gdzieś etykietę i dyplomacje, więc dość szybko zostaje bohaterem narodowym, odprawiając z kwitkiem prezydenta Stanów Zjednoczonych.  I słusznie. Bo jak sam powiedział: Anglia jest krajem Beatlesów i Harry`ego Pottera. I nie da sobie w kaszę dmuchać. Mamy świeżo upieczoną żonę, która źle intepretuje zachowanie przyjaciela swojego męża w stosunku do niej. Mamy parę aktorów pornograficznych, którzy  gdzieś między intymnymi ujęciami a rozmową, zakochują się w sobie. Mamy brzydkiego Brytyjczyka, który w poszukiwaniu miłości wyjeżdża do Stanów. Mamy mężczyznę przeżywającego kryzys wielku średniego , który zadurzył się w swojej asystentce. Mamy znerwicowaną pracownicę biura, która od kilku lat kocha się w swoim koledze. Ma ona jednak problemy z budowaniem relacji międzyludzkich z powodu swojego chorego brata, na którego zawołanie jest o każdej porze dnia i nocy, nawet podczas seksu. I mamy dwa wątki, które najbardziej skradły moje serce. Jeden to Billy Mock i jego menadżer, a drugi to wątek Daniela i Sama.


Bill jest emerytowanym rockmanem próbującym wrócić na szczyt, z czym ma  jednak ,,mały" problem. Cały czas popełnia gafy, nie potrafiąc poprawnie zaśpiewać tekstu piosenek, opowiadając o seksie z Britney Spears czy namawiając dzieci do brania narkotyków. Wszyscy z niego szydzą, odwracają się od niego-wszyscy prócz jego menadżera, niskiego grubego faceta, który jest całkowitym przeciwieństwem swojego szefa. Ktoś może się zapytać co więc tych dwóch trzymało ze sobą przez tak długi czas? Cóż, przeciwieństwa, zarówno w miłości jak i w przyjaźni przecież się przyciągają. Nie bez powodu Bill w końcu mówi swojemu grubemu menadżerowi, że jest on pieprzoną miłością jego życia.


I w końcu wątek Daniela i Sama, który dla mnie jest najlepszym wątkiem w całym filmie, przede wszystkim chyba pod względem psychologicznym. Daniela i Sama poznajemy na pogrzebie- pierwszy właśnie stracił żonę, drugi matkę. Daniel nie jest prawdziwym ojcem Sama, jedynie jego ojczymem, co już samo w sobie nie jest łatwym zadaniem. Co więc zrobić kiedy zostaje się z synem swojej żony sam na sam i trzeba wspólnie z nim przebrnąć przez ból po utracie bliskiej osoby? Zwłaszcza kiedy chodzi o dwunastolatka, który po śmierci matki zamyka się w pokoju bez słowa, a jego ojczym zaczyna podejrzewać nawet branie przez niego narkotyków? I owszem, w gruncie rzeczy chodzi o narkotyk- o miłość. Sam jest bowiem zakochany w koleżance ze szkoły. Pojawia się więc pierwsze, samodzielne zadanie Daniela do wykonania- trzeba przebrnąć z pasierbem przez jego pierwszą młodzieńczą miłość. Daniel podchodzi do tego zadania bardzo poważnie, wspólnie z Samem opracowują plan. Czy się im uda? Cóż, w święta wszystko jest możliwe...

No i dwie moje ulubione sceny: wzruszająca i humorystyczna :D