środa, 29 grudnia 2010

Nowa muzyczna miłość.


Przeważnie jest tak, że to co najlepsze odkrywa się całkiem przypadkowo. Tak jest właśnie w ich przypadku. Zachęcona pełnym optymizmu wywiadem i równie optymistyczną recenzją ,skusiłam się oddać Pauli i Karolowi swój wolny czas. Cóż, urzekli mnie. W czasach, gdy polska muzyka przestała do mnie trafiać w jakiekolwiek postaci, czy to zarówno w postaci Pectusa z wijącym się wokół mikrofonu wokalistą w czarnych okularach, czy w postaci wszechobecnego szału na reggae, znalazłam perełkę. Perełkę warszawską, która w czasie chłodu, śniegu i błota, pod którym ślizgają się nasze stopy oraz koła samochodu, zaaplikowała mi pozytywną energię, uśmiech i wiarę, że przetrwamy do czasu pierwszych promieni słońca.

Born to be...fashionable!



Większość z nas zna film Diabeł ubiera się u Prady , a także jedną z scen pochodzących z tego filmu, mianowicie, gdy główna bohaterka w konfrontacji ze swoją szefową samo zło, Mirandą Priestly , mówi., że ,,jej moda nie dotyczy". Redaktor naczelna, grana przez Meryl Streep, słysząc te słowa patrzy na nią przenikliwie z wzrokiem pełnym pogardy, po czym mówi coś w stylu : ,,Nie dotyczy? A myślisz, że kto ubrał cię w ten sweter, który znalazłaś najprawdopodobniej na wysprzedaży? Kto myślał nad tym z jakiego materiału ma zostać on wykonany i dlaczego jest on w modrym kolorze?" Po czym wygłasza litanie na temat owego koloru, kolekcji, w których został wykorzystany i sztabu ludzi, którzy czuwali nad tym by został ciepło przyjęty przez odbiorców.
Moda, czy tego chcemy, czy nie, otacza nas z każdej strony. Są ludzie, którzy są w centrum tego świata. Tworzą kolekcje, udzielają wywiadów, przechadzają się po najsławniejszych światowych wybiegach, a obiekty aparatów są skierowane tylko na nich. Każdy z nas, czy tego chce czy nie, spotyka się na co dzień z takimi nazwiskami jak Chanel, Valentino, Dior. Każdy z nas wie kim jest Naomi Cambell, Claudia Schiffer, Anja Rubik , Kate Moss. Ci, którzy są troszkę bardziej otwarci na owe zjawisko znają zarówno nazwiska jak i prace Maria Tesino czy Helmuta Newtona.
Każdy z nas częściej czy rzadziej odwiedza sklepy odzieżowe.  Może nie te z górnej półki, zważywszy na horrendalne ceny, które trzeba zapłacić za chociażby zwykły plecak z najnowszej kolekcji Chanel (12 tysięcy złotych!), ale czasem zwykłe sieciówki typu H&M, Bershka, Orsay, Zara. Wchodzimy do sklepu, oglądamy ubrania, komentujemy, zastanawiamy się, które wybrać, wreszcie dokonujemy zakupu, tym samym sprawiając, że praca jakiegoś projektanta, artysty trafiła w nasz gust na tyle, że zgodziliśmy prezentować się w niej na co dzień. Dlaczego na naszych ulicach praktycznie nie widać już , modnych pare lat temu, szerokich spodni? Bo ktoś zadecydował pewnego razu, że nie wypuści już modelek w takowych spodniach na wybieg. I cały świat go posłuchał.
Świat mody jest, dla mnie przynajmniej, sam w sobie bardzo odpychający. Zdaje sobie sprawę, że chcąc czy nie chcąc, biorę w nim udział jako konsument, lecz patrząc na to co przedstawia mi codziennie Fashion Tv czuje lekkie zażenowanie i pogardę, widząc mimikę niektórych osób siedzących w pierwszych rzędach podczas pokazów mody. Ubrani w ubrania, za cenę których niektórzy mogliby spłacić połowę 30 letniego kredytu zaciągniętego na mieszkanie, pewni siebie, robiący notatki i przekonani o własnej inteligencji i kluczowej roli w tym całym przedsięwzięciu, a tak naprawdę często zagubieni i nieszczęśliwi. Przez to, że w latach 90 rozpoczęło się szaleństwo na tzw. ,,top modelki", młode dziewczyny, początkujące, a często już znane modelki, wystawiane są na ciągłe komentarze opinii publicznej. Muszą pilnować wagi, ubioru, mimiki, chodzić po wybiegu w butach nienadających się do chodzenia. Często płacą za to największą cenę- narkotyki, anoreksja, bulimia, depresja.
Anna Wintour, redaktor naczelna Vouga, która według prasy nie potrafi nawet dobrze czytać ani pisać, uważna jest niemal za Boga. Od jej decyzji zależy niemal kariera każdej modelki, projektanta, czy fotografa. Jak wysoką cenę płaci za to ona sama, albo jej najbliżsi?
Kult dla modelek rozpoczął się również w Polsce za sprawą programu Top model, który za zasługą naszej ukochanej Asi Krupy, naszego niemal dobra narodowego, wszedł do życia codziennego  i codziennych aplikacji na Facebooku. 
Moda napędza media. Czym byłyby gazety, gdyby nie mogły napisać o ubiorze danej gwiazdy na takiej, a takiej gali? Wyobrażacie sobie to oburzenie, gdyby Jolanta Pieńkowska w studiu Dzień dobry TVN, pojawiła się nagle w rozciągniętym swetrze a`la Kourt Cobain? Już widzę te nagłówki na Pudelku, w Fakcie i minę oraz riposty  naszej wielkiej znawczyni mody, Jolanty Horodyńskiej.
Moda to życie zwykłego człowieka. Nie wypada przecież ubrać się na 100 dniówkę w rozciągnięty dres, prawda?
Moda to sztuka. Kto nie odczuwa miłych, estetycznych doznań patrząc na piękne sesje cenionych fotografów,w których modelka i jej ubiór odgrywa kluczową rolę?
Moda to styl życia. Przecież to ubiór w większości przypadków świadczy o tym do jakiej subkultury należymy. Przecież to nie możliwe, żeby ktoś kto słucha black metalu, ubierał się w różowe spódniczki!
Moda to świat brudów. Czy to nie dziwne, że te same modelki, które mówią, że się nie głodzą, są szczęśliwe i twarde, na pytanie czy chciałyby żeby ich córka zdecydowała się na karierę modelki, w większości stanowczo zaprzeczają?

,,Moda to swoiste lustro ,w którym może przejrzeć się współczesny człowiek. Zobaczy w nim symbole, ideały piękna, fobie, strachy i wyobrażenia." 

Exklusiv 95/96

niedziela, 26 grudnia 2010

Sweet time.


Do niedawna nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jestem w stanie pochłonąć takie ilości słodkości. Od rana rozpoczęłam degustację michałków, przechodząc następnie do różnego rodzaju ciast, kończąc na tabliczce czekolady z kawałkami orzechów. Kocham święta! Wreszcie cały dzień mogę spędzić z laptopem na kolanach, słodyczach porozrzucanych wokół siebie, i z kolejnym odcinkami Californication (nowy sezon!) i Mad Men. Na zewnątrz pada śnieg, dzięki czemu przebrnęłam dzisiaj przez mroźny spacer i przez równie mroźne rozkminy. Niech już coś się zmienia, ta niepewność dotyczące pewnych rzeczy mnie dobija.
Święta, święta i po świętach. Nie od dzisiaj patrzę z lekką ironią na to iż przez cały miesiąc woła się i atakuje nas z każdej możliwej strony piosenkami pokroju Last Christmast, Mikołajami w centrach handlowych, po to by po przebrnięciu przez te 3 dni (z których 2 składały się w tym roku z, i tak wolnego weekendu) powrócić do pracy i codzienności. No, ale przynajmniej przez kilka tych wspaniałych tygodni poczuliśmy się trochę szczęśliwsi i bardziej wypoczęci (ok, babciu wiem, że żyłaś przy garnkach w kuchni, ale popatrz ilu ludzi na tym skorzystało, ha!). A ja, jak już wielokrotnie powtarzałam uwielbiam to świąteczne lenistwo i swoje dodatkowych 5 kg przybranych najprawdopodobniej przez ten czas.
Ok, lecę do Hanka. Nawet moja mama się wczoraj wzruszyła oglądając ze mną owy serial, mimo moich wątpliwości dotyczących tego, czy niektóre sceny są aby na pewno przeznaczone dla jej oczu. Oczywiście oglądanie nie mogło obyć się bez komentarzy takich jak ten, w którym obśmiała cylinder Hanka z 10 odcinka 2 sezonu : Nie przypominam sobie, żeby twój ojciec nosił coś takiego, a też był wówczas na czasie!


Droga Karen
Jeśli to czytasz, znalazłem w sobie odwagę żeby wysłać ten list- punkt dla mnie. Nie znasz mnie dobrze, ale potrafię opowiadać bez końca z jakim trudem przychodzi mi pisanie. Ten list to najtrudniejsza rzecz jaką przyszło mi napisać.
Poznałem dziewczynę,zupełnie przypadkiem, nie szukałem tej znajomości. Zaczęliśmy rozmawiać, a ja pomyślałem, że już do końca życia chcę prowadzić tę rozmowę. Mam przeczucie, że ona jest tą jedyną. Jest kompletnie zwariowana, sprawia, że się uśmiecham, wymaga ogromnej uwagi. Mówię o Tobie, Karen. To była ta dobra wiadomość. Zła jest taka, że nie wiem jak mam z Tobą być i to mnie przeraża. Bo jeśli nie będę z Tobą, stracimy się z oczu. Świat jest nieprzewidywalny, ludzie nie dostrzegają chwil, które mogą zmienić wszystko. Nie wiem co się z nami dzieje i nie umiem Ci powiedzieć, dlaczego powinnaś dla mnie tracić czas. Ale pachniesz domem i robisz wspaniałą kawę, a to coś znaczy. Zadzwoń do mnie.
Wiernie Twój,
 
Hank Moddy.

Come on baby, light my fire.


Ostatnie 3 dni spędziłam zaczytując się w biografii Jima Morrisona, którą zakupiłam dość dawno, lecz dopiero teraz znalazłam trochę wolnego czasu by wreszcie przebrnąć przez te blisko 400 stron. 
Poeta, wokalista The doors, najprawdopodobniej jedynego rockowego zespołu pochodzącego z Ameryki, który tak głęboko zapisał się w podświadomości ludzi żyjących w  latach 70 jak i tych współczesnych, mężczyzna wrażliwy na piękno, muzykę, a przede wszystkim na literaturę - tak przedstawiają go media. Szkoda, że dzisiaj wszystkich na siłę stara się wybielać, by legenda, która po nich pozostała jak najlepiej wpisywała się w umysły młodych ludzi. Mówi się : Widzicie, Jim Morrison przetrwał w naszej pamięci bo był tak wrażliwym artystą, poetą (!) i zrobił tak wiele dobrego dla ludzi. Takich ludzi podziwiano kiedyś i trzeba podziwiać i teraz. Szkoda tylko, że ten sam wrażliwy poeta podsunął sobie pod członka twarz zszokowanej wówczas Janis Joplin, upijał się, był nierozumiany przez kolegów, śpiewał patrząc prosto w oczy swojej matce, że chcę ją pieprzyć, a na końcu zaćpał się na śmierć.


Przy okazji faktycznie, uwielbiał czytać książki, które w setkach egzemplarzy porozrzucane były po zamieszkiwanych przez niego pokojach, ponad wszystko uwielbiał pisać i na swój sposób potrafił też kochać piękną Pamelę Courson, z którą kłócił się, rozchodził po to by po chwili ponownie się zejść, która wyrzucała jego rzeczy i książki przez okno po każdej większej kłótni, z którą zdradzali się nawzajem, a która na końcu umarła krótko po nim.

Pewnego wieczoru (Jim) przyszedł do domu z mnóstwem koki i szampana, a mnie potwornie odbiło. Czasem lubię...wiesz, jestem z Transylwanii, więc...powiedziałam mu, że lubię pić krew. A on na to: <<No to wypijmy trochę.>>. Ewa chwyciła jakieś zardzewiałe żyletki i zaczęła ciąć sobie ręce, a Jim patrzył na to z przerażeniem. Nagle wszędzie była krew- opowiadała Ewa- a my tańczyliśmy pośród niej w blasku księżyca. Potem przestraszaliśmy się, dokąd nas to może zaprowadzić, bo ranki po tych odlotach były naprawdę smutne. Kiedy człowiek budzi się  w kałuży krwi...

sobota, 18 grudnia 2010

Effy, nothing bad is gonna happen. I'm gonna take care of you now. I promise.


-We'd be good together. don't you think?
-No.
-Why?
-Because I'll break your heart.
-Maybe I`ll break yours.
- Nobody breaks my heart.



Skins. Serial znany doskonale większości nastolatków w Polsce. Nazywany nastoletnim odpowiednikiem Californication. Dlaczego? Pewnie dlatego, że przyzwyczajeni do udawanego, niewyimaginowanego życia nastolatków z LA lub YU, mających wszystko- opalone ciała, bogatych rodziców i pięknych przyjaciół, nagle stajemy przed całkiem nowym światem ukazanym w serialu telewizyjnym. Światem, w którym młodzi ludzie uprawiają seks, zażywają narkotyki, palą papierosy, klną w co drugim słowie, jednocześnie przeżywając to co wszyscy- swoje wzloty i upadki. Złe oceny, pierwsze zauroczenia, problemy rodzinne, anoreksję,  związki homoseksualne, poważny wypadek, depresje, niechcianą ciążę. Skins to samo życie. W tym serialu nie chodzi o to co w większości. Nie mamy tutaj ubrań od najdroższych projektantów jak w Plotkarze, nie mamy słońca i półnagich facetów na plaży jak w 90210. Mamy Anglię. Zimną i deszczową. W tej, w której nie brakuje polskich akcentów, takich jak trudzenie się Sid  nad wypracowaniem o Lechu Wałęsie i Solidarności, a co najważniejsze mamy w niej Effy Stonem. 
Effy, o czym świadczą liczne fora internetowe, po emisji serialu stała się idolką większości nastolatek oglądających Skins. Dziewczyny chcą być takie jak ona- niezależne i pewne siebie. Uwielbiają jej styl, chcą podobnie się ubierać i malować, przez to na YouTube roi się od filmików z instrukcją make up like Effy from Skins.
I mnie Effy urzekła. Nie na tyle by chcieć być taką jak ona i naśladować każdy jej ruch, nawet sposób palenia papierosów, ale jest ona zdecydowanie moją ulubioną bohaterką. Na swój sposób hedonistyczna, ale chcąca po prostu przetrwać w tym świecie, który często tak bardzo ją rani. Za wszelką cenę nie okazywać uczuć- to jej dewiza, o czym zresztą świadczy jej rozmowa z Freedim rozpoczynająca ten post. Pamiętam jak w wakacje zaczęłam oglądać ten serial i na początku była ona w nim tylko niesforną siostrą Tony`ego, a potem stała się kimś kogo losy najbardziej mnie interesowały. Razem z nią przebrnęłam przez problemy rodzinne, miłość do Freddy`ego, depresję i próbę samobójczą. Ganiałam naćpana po ulicach Bristolu i piłam wódkę niczym wodę. Płakałam i bałam się świata.
Uwielbiam seriale. SERIALE, nie serialiki czy telenowele, którymi karmin nas telewizja. Seriale też potrafią być sztuką, a przynajmniej potrafią nas wciągnąć, pokazać czyjeś losy w przejmujący sposób, potrafią być rozrywką i odprężeniem. Dlatego zawsze, gdy w piątek odpalam komputer i wiem, że czeka na mnie nowy odcinek Plotkary oraz Chirurgów, czuję się odprężona. Czasem też wracam do Californication czy Skins by znowu przeżywać pewne rzeczy na nowo, z nimi.



sobota, 11 grudnia 2010

Gdzie ci mężczyźni...?




Ostatnio natknęłam się w internecie na wypowiedź jednej z dziewczyn w moim wieku, notabene mojej koleżanki, która twierdziła, że mężczyzna jest bezuczuciowym efektem ubocznym stworzenia, nie posiadającym żadnych ambitniejszych cech poza ciągłą pogonią za piersiami kobiety czy też innymi krągłościami kobiecego ciała mogącego nacieszyć jego zmysły, zwłaszcza ten odpowiedzialny za doznania wzrokowe. Czy to prawidłowe stwierdzenie? Kim jest mężczyzna w obecnym świecie? Przecież jego rola też przechodziła przez wiele różnego rodzaju etapów i perypetii. Począwszy od przewodnika stada, mającego za zadanie sprawowanie pieczęci nad rodziną, zapewnienia jej bytu i trzymania ,,twardej ręki" nad dziećmi, by wyrosły na porządnych, prawych ludzi (najlepiej lekarzy czy prawników), skończywszy na pewnych siebie mężczyznach z lekką siwizną dodającą im seksapilu, zarządzających wielkimi korporacjami i jeżdżącymi najnowszym modelem Ferrari czy ostatecznie Mercedesa. Najlepiej aby owy mężczyzna był do wzięcia, to znaczy żadnej żony, czy choćby konkubiny, żadnych dzieci. Wolny ptak, w ostateczności z jedną z modelek bywających w warszawskich klubach przy boku. Taki model mężczyzny (nie licząc wielkiej korporacji i siwizny po bokach) wylansował Kuba Wojewódzki. Lecz czy to wszystko? Ostatnie doświadczenia z życia codziennego utwierdziły mnie w przekonaniu, że nigdy nie warto oceniać książki po okładce. To prawda, że Kuba prowadzi dość specyficzny styl życia, ale nikt nie może odmówić mu inteligencji, którą delikatnie i intuicyjnie wplata w swoje rozmowy z zaproszonymi do swojego programu gośćmi czy w wypowiedzi w swoim dziale w Polityce, jednym z najbardziej przeze mnie ukochanych i docenianych. Uwielbiam te wszystkie złośliwe komentarze i cięte riposty dotyczące świata showbiznesu i celebrytów, a w wykonaniu Kuby wcale nie rażą tak, jak często w przypadku Karoliny Korwin- Piotrowskiej, która zresztą  ostatnimi czasy gubi się w własnych poglądach i wypowiedziach.
Mężczyźni od zawsze byli wzrokowcami, na których działa uroda i seksapil kobiety, a jednocześnie wielu z nich posiada niesamowitą inteligencję. O ile kobiety, nawet w głupich programach śniadaniowych wypowiadają się jedynie na tematy dotyczące mody, najnowszej diety czy kremu na zmarszczki, mężczyźni komentują wydarzenia dnia codziennego. Czy tego chcemy czy nie, to właśnie mężczyźni są najlepszymi fotografami, dziennikarzami, pisarzami, reżyserami, aktorami czy piosenkarzami. Większość projektantów mody z największym dorobkiem to mężczyźni, fotografowie mody z wyróżniającymi się nazwiskami i sesjami zdjęciowymi to mężczyźni, począwszy od Helmuta Newtona kończąc na Mario Testino. Najlepsze filmy (i nie chodzi tu wcale o te oskarowe) tworzą mężczyźni. Nazwiska takie jak Al Pacino  czy Antony Hopkins budzą respekt. Mikołaj Komar tworzy pismo, w którym zaczytuje się i w którym odnajduje za każdym razem coś nowego i inspirującego. Janusz Leon Wiśniewski i Piotr Najsztub posiadają mózgi, z którymi niejedna kobieta chciałaby uprawiać seks i to nawet ten bez zabezpieczenia! Bo narodziłyby się takie mądre, a zarazem wrażliwe na kulturę, ludzkie uczucia i świat dzieci! Dzięki mężczyzną mamy dzisiaj prąd, druk, Amerykę, czy nawet Microsoft. Ba, nawet Maria Curie- Skłodowska pierwiastki odkryła przy współpracy z mężem.
Mężczyźni inspirują i wzbudzają zachwyt oraz chęć poznania nie tylko dzięki swojemu wpływowi na nas, ale przede wszystkim inteligencji. To oni odkrywają dużą rolę w procesie socjalizacji swoich dzieci, chociaż muszę przyznać, że jeżeli chodzi o wdrażanie mnie w szeroko pojętą kulturę, mój ojciec nie miał na to zbyt wielkiego wpływu. Ba, na jaki by tylko film ze mną nie poszedł do kina, zasypiał. Przez wiele lat próbował wszczepić mi miłość do filmów pokroju Tańczącego z wilkami, Troi czy Gladiatora (choć tu uległam), a kulturowo wpływał na mnie tylko dzięki pieniądzom za które mogłam kupić sobie mój ukochany aparat, stosy gazet i książek zalegających na regale w moim pokoju. To wszystko nie zmienia to faktu, że jest świetny, jest mężczyzną i,w odróżnieniu od mojej matki mogę z nim godzinami rozmawiać o stylu gry Russela Crowe i Cate Blanchett.Także nie narzekajmy na mężczyzn tylko bierzmy z nich co najlepsze !

sobota, 4 grudnia 2010

24 lata. Geniusz. Zdrajca. Miliarder. Lubię to !



Ostatnio ze względu na promocję udostępnioną nam przez jedną z sieci operatorskich telefonii komórkowych, średnio raz w tygodniu oddaje się najprzyjemniejszej rozrywce, jaką jest oczywiście pójście do kina. Dzięki temu zajęciu odkrywam, że robi się coraz mniej filmów wartych uwagi, a zwłaszcza najmniej warte uwagi są te filmy, którym towarzyszy wszechobecny rozgłos i reklama. W mojej osobistej opinii większość reżyserów powinna wstydzić się tego, że zrobiła taki chłam i chować się z tego powodu po kątach, zamiast zapraszać na niego ludzi, chwalić się nim i z szerokim uśmiechem na ustach prezentować widzom ich ,,dzieło".
Wyjątek stanowią w tym przypadku jedynie dwa filmy. Mowa tutaj o ostatniej części Harry`ego Pottera oraz o The Social Network.
The Social Network obejrzałam już stosunkowo dawno, ponieważ w dniu polskiej premiery tego obrazu, a więc jeszcze w październiku. Udałam się na niego z mieszanymi uczuciami, nigdy nie byłam bowiem fanką portali społecznościowych i brałam pod uwagę fakt, iż następne 2 godziny spędzę najprawdopodobniej w towarzystwie wielkich maniaków Facebooka, którzy przez większość czasu dzielą się na nim swoimi przeżyciami, imprezami i prywatnymi momentami, takimi jak nawet zaręczyny czy ślub, z ludźmi, których co prawda mają w znajomych, ale w większości kojarzą tylko z szkolnych korytarzy czy z przystanku autobusowego.
Mimo wszystko byłam ciekawa tej historii. Chciałam poznać historię Marka Zuckerberga, który według Forbsa jest najmłodszym miliarderem na świecie, który opracował, jakby na to nie popatrzeć, zwykłą stronę internetową, która stała się symbolem skomputeryzowanych czasów XXI w. Stronę, na której każdy ,,nowoczesny" człowiek powinien posiadać konto, stronę, na którą codziennie loguje się miliony ludzi i która zbiera 6% populacji całego świata. Wiedziałam, że reżyserem tergo filmu jest  David Fincher, który wyreżyserował wiele cenionych obrazów, tym bardziej więc byłam zaciekawiona co takiego musi być w Zuckerbergu, że zechciano zrobić o nim pełnometrażowy film i to jeszcze film, którego zrealizowania podjął się właśnie taki człowiek jak Fincher. Odpowiedź na owe pytanie przyszła szybko. Historia Facebooka nie jest bowiem tak do końca czysta. Zawiera wszystko, co może zwiastować sukces komercyjny. Mamy przeciętnego, niezbyt przystojnego, ale genialnego wręcz chłopaczka, który jest tak ambitny i pewny siebie, że nie zawaha się przed niczym aby osiągnąć swój cel. Mamy pokrzywdzonego przez niego przyjaciela, czyli rolę Andrew`a Garfielda, którego będziemy mieli okazję zobaczyć w najnowszym filmie o losach Spidermana, a który miał zapewne za zadanie przywołać do kin młodą rzeszę nastoletnich fanek. Mamy również Justina Timberlake`a, który miał pewnie takie samo zadanie jak Garfield , a który o dziwo zaskoczył mnie pozytywnie. Jego postać miała to ,,coś", ten błysk w oku, gdy mówił o pieniądzach, to przekonanie o geniuszu tego projektu, taką siłę przekonywania, że nawet ja byłabym w stanie zrobić sobie wodę z mózgu i pójść za nim , za jego pomysłami, żeby zdobyć to ,,bilion dolarów."

Historię rozpoczyna genialna w swej prostocie scena, podczas której Mark Zuckerberg rozmawia ze swoją ówczesną dziewczyną, takim językiem, że z lekkim pobłażaniem dla naszej nieświadomości i małej wiedzy wymieniałam porozumiewawcze spojrzenia z towarzyszącą mi podczas seansu koleżanką. Mówi szybko, chaotycznie, w końcu dziewczyna nie wytrzymuje i zrywa z nim. Tak po prostu. Potem okazuje się, że będzie to miało duży wpływ nie tylko na Marka, ale i na cały świat.
Film posiada wspaniały montaż oraz muzykę. Doskonale odzwierciedla obraz młodego, zagubionego studenta Harvardu, który wie, że jest kimś, że posiada niesamowitą inteligencję, a jednak cały czas ktoś podstawia mu kłody pod nogi. Najbardziej bowiem cierpi jego ego, gdy dowiaduje się, że jego przyjaciela Eduarda przyjmują do stowarzyszenia, o do którego należeniu zawsze marzył. Jednak jeszcze w przyszłości będzie miał sposobność odgryźć się za to, wyrzucając Eduarda z firmy, którą razem tworzyli.
Fabuła filmu kręci się głównie wokół dwóch spraw sądowych wymierzonych przeciwko Zuckerbergowi, dzięki czemu mamy sposobność przyjrzeć się walce prawników, ich profesjonalizmowi,a także temu jakie wrażenie robi na nim fenomen Facebooka, co widać w ich gestach, mimice i często naiwnych pytaniach.
Osobiście jeżeli chodzi o moje prywatne odczucie, jako osoby, która konta na facebooku nie posiada, najbardziej w osobie Marka Zuckerberga, śmieszy mnie jego przekonanie, że utworzył facebooka, aby zmienić świat na lepsze, aby pomóc ludziom. Dlaczego mnie to śmieszy? Nie dlatego, że podążam ślepo za tym co zostało ukazane w filmie i uważam, że stworzył ten portal do podrywania dziewczyn. Wiem, że w filmie są przekłamania. Jak jednak na lepsze może zmienić świat portal społecznościowy? Może zmienić jego oblicze, ułatwić kontakt, ale na tym koniec. To nie lek na raka, to nie najnowsza szczepionka przeciwko grypie, ani nowy pierwiastek chemiczny. To tylko chwilowa moda, która pewnie skończy się za szybciej niż 10 lat. Jednak na razie musimy się zmierzyć z tym, że wszyscy zachwycają się geniuszem człowieka, który wcale nie pogrywał czysto, że stawia się nam go za wzór w byciu przedsiębiorczym, że jeśli nie masz konta na ,,fejsie" nie istniejesz, a jeśli masz na nim mniej niż 100 znajomych nie warto się z Tobą przyjaźnić.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Relaks.


Uwielbiam ten zimowy czas, gdy pada śnieg o ile nie wiąże się to wszystko z temperaturą spadającą do -20 stopni Celsjusza. Uwielbiam wracać do domu, ocieplanego kominkiem posiadającym te prawdziwe, niesztuczne, elektrycznie płomienie. Idąc tymi ulicami zauważam, że tak naprawdę to wszystko ma swój klimat. To miejsce, te budynki i ich bramy. Te latarnie i te samochody śpieszące się donikąd, a może też do domów z kominkami, kto wie?

Przypomniałam sobie dzisiaj jak rok temu na zajęciach z PO omawialiśmy temat stresu oraz wszystkiego co jest z nim związane, również to jak sobie z owym stresem radzimy. Pamiętam do dzisiaj jak podczas odpowiedzi wymieniałam te wszystkie przykłady podane w podręczniku, gdy profesor Robert zapytał -A Ty jak sobie z radzisz?

Odpowiedziałam wówczas, że sobie nie radzę. Teraz, siedząc z laptopem na kolanach i rozglądając się dookoła zauważam jak bardzo się myliłam. Dookoła mnie leży porozrzucanych wiele rzeczy. Prostownica, lakier do paznokci, Kmag z zeszłego miesiąca, Lucky Strike, płyta Much, przeczytana do połowy Bikini, w tle leci Eska Rock, właśnie włączam 2 sezon Californication. To jest moje odreagowanie. Odreagowanie na to wszystko co dzieje się dookoła, bo tak naprawdę, gdy przekraczam próg domu, czy konkretniej mówiąc, próg mojego pokoju, przestaje liczyć się wszystko. Cały ten wewnętrzny świat. Cały stres.


Czy może być coś lepszego..? 

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

sobota, 27 listopada 2010

Mentalna masturbacja z Panem Wiśniewskim.



Książki w dzisiejszych czasach tracą na wartości, nieprawdaż? Nie chodzi tutaj konkretnie o fakt iż coraz mniej ludzi sięga po nie po to by umilić sobie wolny czas słowami, zdaniami, zwrotami, historiami opisanymi na tych kilkudziesięciu czy kilkuset stronach. Stawiając taką tezę mam raczej na myśli zjawisko, które nazywa się brakiem potencjalnych polskich pisarzy wartych polecenia i wartych poświęcenia  naszego wolnego czasu, na brak którego przecież obecnie tak cierpimy. Kiedyś książki wydawali tylko pisarze, dzisiaj może to być każdy. Celebrytka, która dopiero co urodziła dziecko, prezenter programów rozrywkowych, przechodzący kryzys wieku średniego, zakochana para opowiadająca o swojej miłości nie patrzącej na dzielącą ich różnicę wieku. Lecz co z tymi prawdziwymi pisarzami? Pisarzami, których książki i opisane w nich historie budzą w nas uczucia takie, że nie jesteśmy w stanie się od nich uwolnić, nie jesteśmy w stanie przejść obok nich obojętnie, czasem nas wzruszają, czasem rozśmieszają, ale najczęściej wzywają do refleksji nad naszym życiem?
Osobiście właśnie takim pisarzem jest dla mnie Pan Janusz Wiśniewski, którego książki, a raczej jedną konkretną czyli Samotność w sieci odkryłam jeszcze w gimnazjum. To dla mnie ważna książka. Otworzyła oczy na wiele spraw, pozwoliła przyglądnąć się dzisiejszym czasom tak skomputeryzowanym z innej strony, tej bardziej mentalnej i uczuciowej. Pamiętam jak z każdą stroną tej książki coraz szerzej otwierałam oczy chyląc nisko głowę nad intelektem i mądrością Pana Janusza. Nad tymi wszystkimi molekułami, genami, biologicznym spojrzeniem na świat, pierwiastkami, które tak na nas oddziałują. Pamiętam jak razem z NIĄ płakałam czytając o śmierci Natalii i jak razem z NIĄ pokazywałam na migi kocham Cię bo... Palce wskazujące obu rąk dwa razy pod obojczyk, potem dwa razy w kierunku rozmówcy. „Kocham Cię”. To takie proste... 
I jak piłam z Jakubem razem wódkę na Dworcu Zoo. A potem razem z nim zrobiłam tą straszną rzecz pod koniec.  Samotność w sieci to kopalnia cytatów. Na Wikipedii (http://pl.wikiquote.org/wiki/S@motno%C5%9B%C4%87_w_Sieci) można znaleźć udzielną stronę poświęconą właśnie im. Jest ich kilkadziesiąt, a może nawet więcej. A wszystkie tak samo wspaniałe.
Po Samotności w sieci przyszły kolejne książki. Los powtórzony (który osobiście uważam za najmniej udany), Zbliżenia, a na końcu Bikini.Cały czas pracuję nad tym by moją domową biblioteczkę wzbogacać o kolejne tytuły autorstwa Pana Wiśniewskiego, bo to jedne z tych książek po których przeczytaniu chcę się zacząć kolejny raz, od początku.
Styl Pana Janusza jest wspaniały. Zatapia się w emocjach, pozwala mieszać w uczuciach, zapoznawać się z nimi, siedzieć w myślach bohatera, czuć to samo co on. A przy tym czytając owe książki człowiek czuję się choć o trochę mądrzejszy. Bo tutaj dowiedział się o takim molekule, tutaj o tym dlaczego odczuwamy szczęście, a tutaj nawet o składzie męskiego nasienia. I zgadzam się z tym, że w książkach Wiśniewskiego wszystkie kobiety są piękne, mają kształtne, sterczące piersi, a wszyscy mężczyźni są inteligentni i przeważnie dużo zarabiają, ale nigdy nie przeszkadzało mi to w odbiorze tego co Pan Janusz chciał przekazać. Bo on po prostu tak pięknie operuje słowem, tak pięknie opowiada o tych niezwykłych rzeczach i o tych zwykłych, codziennych i szarych,że człowiek nie zauważa niczego innego.  No i  ten jeden cytat, najbardziej nieśmiertelny, który kilka lat temu towarzyszył mi nawet na głupim portalu społecznościowym fotka.pl :    Jestem jeszcze trochę zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić. Nareszcie przyda się na coś ten cały Internet. Trafiło na Ciebie. Czy mogę Ci o tym opowiedzieć?

Nigdy mu nie opowiedziała. Ale czy to coś zmienia? Dla mnie nie.

środa, 10 listopada 2010

Buszujący w myślach.


Zbliża się pamiętna i zarówno okrągła rocznica śmierci jednej z legend rocka, Johna Lennona. 8 grudnia minie dokładnie 30 lat od strzałów w Nowym Jorku, za którymi stoi Mark David Chapman, człowiek, którego nazwisko, czy tego chcemy czy też nie, zapisało się w umysłach ludzi na całym świecie najprawdopodobniej trwalej niż nazwisko mężczyzny stojącego za, nieudanym co prawda, zamachem na Jana Pawła II.
Z okazji owej rocznicy kolorowe magazyny, zarówno te z wyższej jak i z niższej półki, bombardują nas artykułami mającymi za zadanie odświeżenie pamięci o eks-beatlesie, a ja gdzieś pomiędzy czytaniem wspomnień Wojciecha Mana o życiu w PRL-u z McCartney`em i Lennonem, a wspomnieniami Yoko Ono, postanowiłam skusić się na Rozdział 27,  film z roku 2007, opowiadający o Champanie, w którego- znakomicie zresztą- wcielił się Jared Leto.
To właśnie Leto jest największym plusem tego filmu. Doskonale wciela się w postać Chapmana i pokazuje świetny warsztat aktorski, udowadniając nam, że idol rozchichotanych nastolatek i jednocześnie piosenkarz może być doskonałym aktorem. Zresztą jego nastoletnie fanki  najprawdopodobniej nie zdecydowały się na obejrzenie Rozdziału 27 ze względu na metamorfozę jaką przeszedł na jego rzecz ich idol, a która sprawiła, że Leto z amanta, o którym marzy prawie każda kobieta, stał się obleśnym mężczyzną, z odrzucającą aparycją  i czynnikami niewerbalnymi. 
Leto doskonale prowadzi narracje wydarzeń. Jego głos jest  głęboki, stonowany i sprawia, że już od pierwszych sekund filmu, zdajemy sobie doskonale sprawę, że mamy do czynienia z osobą niestabilną emocjonalnie. Przez cały film obserwujemy wewnętrzną walkę Champana, który pragnie autografu od swojego idola prawie tak samo jak jego śmierci. Nerwowe ruchy Leto, jego mimika, aparycja, po prostu wszystko jest w moim mniemaniu idealne, a zarazem smutne. Uważam za niesprawiedliwe fakt, iż poświęcenie Renée Zellweger do roli Bridget Jones, zostało tak docenione przez wielu krytyków, a poświęcenie Jareda poszło tak naprawdę w niepamięć. To tak jakby amant i piosenkarz zespołu rockowego nie mógłby być jednocześnie dobrym aktorem, poświęcającym się dla roli i odgrywającym ją bardzo dobrze.
Jeśli chodzi o mniejsze plusy Rozdziału 27 to są nimi wplatanie fragmentów prawdziwych wydarzeń z tamtego okresu (smutek fanów, wspominanie przez nich Lennona itd.) i  małe, nieznaczące sceny jak np. spotkanie przez Chapmana małego Seana w parku,  scena, w której Leto i Lohan nawiązując do fotografii Lennona i Ono, stoją obok siebie w tym samym miejscu, które znajduje się na zdjęciu okładki najnowszej płyty Lennona, nawiązanie do historii morderstwa żony Polańskiego, które sprawcy nazwali piosenką Lennona i McCartneya i w sumie to tyle. Sam film jest dość nudny, akcja ciągnie się w nieskończoność, osobiście miałam parę razy ochotę krzyknąć ,,No zabij go wreszcie! Chcę żeby coś zaczęło się dziać!". Na dodatek film może być dla wielu osób niezrozumiały przez nawiązanie do książki Buszujący w zbożu J. D. Salingera. Osobiście miałam to szczęście, że przeczytałam ową książkę przed oglądnięciem Rozdziału 27, więc sceny takie jak np. ta, w której Chapman pyta taksówkarza co dzieje się podczas zimy z kaczkami z Central Parku, czy ta gdy siedzi z Jude w kawiarni i namawia ją do wyjazdu, nie są dla mnie niezrozumiałe. Postać Holdena Caulfielda, która jest dla Chapmana niczym guru prowadzącym go przez życie, również jest mi doskonale znana, lecz co z tymi, którzy owej książki nie przeczytali i nie mają o tym wszystkim pojęcia? Jeżeli reżyser miał zamiar w prawie każdej scenie nawiązywać do tej kultowej książki, powinien umieścić na plakacie ostrzeżenie ,,Jeśli chcesz w pełni zrozumieć ten film i jego przekaz, koniecznie przeczytaj najpierw Buszującego w zbożu inaczej będziesz miał lekki problem z interpretacją pewnych scen czy zachowań." Generalnie byłam troszkę zawiedziona całym tym obrazem i dałam mu ocenę 6/10 tylko ze względu na te małe plusiki, o których wspomniałam wcześniej i ze względu na rolę Leto, który starał się wycisnąć z tego, jakby nie popatrzeć pozbawionego jakiejkolwiek głębi scenariusza jak najwięcej. Reżyser i jednocześnie scenarzysta tego filmu próbował skupić się na myślach bohatera, jego wewnętrznej walce, lecz wyszło to dość powierzchownie. Myślę, że to czym dla świata była owa tragedia bardziej niż ten film, zobrazować może kilku zdaniowa wypowiedź Davida Stubbsa : ,,To zdarzenie było obok zamachu na Kennedy`ego, śmierci Diany i 11 września, jednym z tych momentów, w których wydawało się, że świat zanurzył się w mroku niekończącego się zaćmienia Słońca. To był bezprecedensowy akt przemocy, który powiedział coś nowego o nas samych, o prawdziwej naturze masowego kultu celebrytów oraz szaleństwie, jakie ten kult jest w stanie wywołać."

sobota, 6 listopada 2010

Dziwny jest ten świat.


O wszystkim, a zarazem o niczym będzie ten blog. O filmach, o codziennym życiu i o zachowaniach w nim obecnych, które obserwujemy, a przez które mamy czasem ochotę wyrzucić ten świat w powietrze z nadzieją, że jakimś cudem uda się nam oszczędzić jedynie siebie, czyli nadzieję ludzkości (bo przecież tylko my jesteśmy naj, a wszyscy inni tacy bleh), no może w ostateczności razem z nami zostanie jeszcze jakiś przystojniak/ piękna kobieta, z którym/ którą przyjemnością będzie ponowna reprodukcja gatunku ludzkiego. Żyjemy w przekonaniu, że pod naszym nadzorem owy gatunek stanie się tak wspaniały, mądry i piękny jak my. Chciałoby się w to wierzyć, jednak nic nie jest takie łatwe. Bo chociaż wiadome jest, że po całej kuli ziemskiej zostało jeszcze rozproszonych kilka bądź kilkadziesiąt (!) ładunków wybuchowych  pozostałych z czasów wojen, szansa, że któryś z nich wybuchnie na taką skalę jest bardzo nikła.
Nie pozostaje nam więc nic innego jak czekać. Czekać na to, że w pewnym momencie ludzkość się obudzi i zauważy w jakie bagno weszła za własną zgodą. Lecz jak na razie nie widać żadnej poprawy, ba jest jeszcze gorzej, czyż nie? Czy nie otwierając obojętnie jaką gazetę dotyczącą kultury niższego szczebla, a która ma nam za zadanie przekazać informacje dotyczące życia polskich bądź zagranicznych gwiazdek nie łapiemy się na tym, że patrząc na zdjęcie znanej nam skądinąd osoby zadajemy sobie pytanie ,,Kim ty do cholery właściwie jesteś?" ?Kim jest ta miła kobieta patrząca na nas z rubryki towarzyskiej? Piosenkarką, aktorką, dziennikarką, pisarką czy wszystkim w jednej osobie?  Jeśli tak to tylko pogratulować. Każdy chciałby być tak zdolny! Tylko szkoda, że gdy w internecie wyszukuje informacji na temat tej osoby na liście jej aktorskich dokonań jest jedynie rólka w dawno nieemitowanym serialu telewizyjnym, a pisarskim osiągnięciem książka kucharska.