niedziela, 27 lutego 2011

Miłość właściwie...jest wokół nas.

Mimo iż temat walentynek został już dawno zakończony wraz z serią kartek walentynkowych, czekoladkami i premierami komedii romantycznych, w najbliższych kilku postach opiszę filmy o miłości, które mnie czymś urzekły, najprawdopodobniej nigdy mi się nie znudzą i zawsze poprawiają humor, lub odwrotnie, wzruszają , niezależnie od sytuacji. Na pierwszy ogień pójdzie Love Actually, film z 2003r. 
Love Actually to perełka, która od kilku lat niezmiennie towarzyszy mi podczas świąt Bożego Narodzenia. Gdy ulice zostają przyozdobione różnorakimi światełkami, a w radiu rozbrzmiewa Last Christmas, ja włączam właśnie ten film i już po pierwszej minucie, gdy wita mnie głos Hugh Granta, owijam się szczelniej kocem z uśmiechem na ustach. Bo wiem, że następne dwie godziny spędzę w miłej, ciepłej atmosferze, w Anglii przygotowującej się do świąt, z brytyjskim akcentem i brytyjskim humorem, czy może być coś lepszego?


Love Actually to nie historia o kopciuszku, ani przede wszystkim historia dwóch osób. W fabule przewija się wielu bohaterów, często skrajnie różniących się od siebie, a jedyne co ich łączy to właśnie miłość, pod różnymi jej postaciami. Mamy tutaj pisarza, którego żona zdradziła z jego własnym bratem, więc by zaznać trochę spokoju wyjeżdża do swojej francuskiej posiadłości, gdzie jego gosposią zostaje niezwykle urocza Portugalka. Mimo iż dzieli ich najważniejsza bariera- bariera językowa, wytwarza się między tą dwójką niesamowita chemia. On mówi do niej po angielsku, ona do niego po portugalsku, a jednocześnie jakby dokańczają wzajemnie swoje myśli, tworząc normalny dialog. No, ale wiadomo, nie można całe życie zgadując to co druga osoba do ciebie mówi, więc miłość niesie ich na swoich skrzydłach aż do szkoły językowej.


Mamy świeżo upieczonego premiera, który już w pierwszym dniu swojej pracy zakochuje się w swojej pracownicy o lekko kobiecych kształtach i niewyparzonym języku. Na dodatek pan premier ma gdzieś etykietę i dyplomacje, więc dość szybko zostaje bohaterem narodowym, odprawiając z kwitkiem prezydenta Stanów Zjednoczonych.  I słusznie. Bo jak sam powiedział: Anglia jest krajem Beatlesów i Harry`ego Pottera. I nie da sobie w kaszę dmuchać. Mamy świeżo upieczoną żonę, która źle intepretuje zachowanie przyjaciela swojego męża w stosunku do niej. Mamy parę aktorów pornograficznych, którzy  gdzieś między intymnymi ujęciami a rozmową, zakochują się w sobie. Mamy brzydkiego Brytyjczyka, który w poszukiwaniu miłości wyjeżdża do Stanów. Mamy mężczyznę przeżywającego kryzys wielku średniego , który zadurzył się w swojej asystentce. Mamy znerwicowaną pracownicę biura, która od kilku lat kocha się w swoim koledze. Ma ona jednak problemy z budowaniem relacji międzyludzkich z powodu swojego chorego brata, na którego zawołanie jest o każdej porze dnia i nocy, nawet podczas seksu. I mamy dwa wątki, które najbardziej skradły moje serce. Jeden to Billy Mock i jego menadżer, a drugi to wątek Daniela i Sama.


Bill jest emerytowanym rockmanem próbującym wrócić na szczyt, z czym ma  jednak ,,mały" problem. Cały czas popełnia gafy, nie potrafiąc poprawnie zaśpiewać tekstu piosenek, opowiadając o seksie z Britney Spears czy namawiając dzieci do brania narkotyków. Wszyscy z niego szydzą, odwracają się od niego-wszyscy prócz jego menadżera, niskiego grubego faceta, który jest całkowitym przeciwieństwem swojego szefa. Ktoś może się zapytać co więc tych dwóch trzymało ze sobą przez tak długi czas? Cóż, przeciwieństwa, zarówno w miłości jak i w przyjaźni przecież się przyciągają. Nie bez powodu Bill w końcu mówi swojemu grubemu menadżerowi, że jest on pieprzoną miłością jego życia.


I w końcu wątek Daniela i Sama, który dla mnie jest najlepszym wątkiem w całym filmie, przede wszystkim chyba pod względem psychologicznym. Daniela i Sama poznajemy na pogrzebie- pierwszy właśnie stracił żonę, drugi matkę. Daniel nie jest prawdziwym ojcem Sama, jedynie jego ojczymem, co już samo w sobie nie jest łatwym zadaniem. Co więc zrobić kiedy zostaje się z synem swojej żony sam na sam i trzeba wspólnie z nim przebrnąć przez ból po utracie bliskiej osoby? Zwłaszcza kiedy chodzi o dwunastolatka, który po śmierci matki zamyka się w pokoju bez słowa, a jego ojczym zaczyna podejrzewać nawet branie przez niego narkotyków? I owszem, w gruncie rzeczy chodzi o narkotyk- o miłość. Sam jest bowiem zakochany w koleżance ze szkoły. Pojawia się więc pierwsze, samodzielne zadanie Daniela do wykonania- trzeba przebrnąć z pasierbem przez jego pierwszą młodzieńczą miłość. Daniel podchodzi do tego zadania bardzo poważnie, wspólnie z Samem opracowują plan. Czy się im uda? Cóż, w święta wszystko jest możliwe...

No i dwie moje ulubione sceny: wzruszająca i humorystyczna :D



 

sobota, 26 lutego 2011

Modowe wyrocznie.


     W dzisiejszym, dość płytkim świecie, w którym z każdej strony bombardowani jesteśmy różnego rodzaju nowinkami modowymi, a większość gwiazd, które czy tego chcemy czy nie, ma dość silny wpływ na zwykłe szare jednostki, stawia sobie za cel wywołanie jak największej kontrowersji, bardzo łatwo o przesadę. w sprawie mody. Po najsłynniejszych światowych wybiegach modelki przechadzają się w pięknych ubraniach, ale większość z nich jest pięknych tylko pod względem artystycznym, trudno bowiem byłoby cokolwiek z tych kolekcji założyć do kina, szkoły, pracy, na randkę czy na zwykły spacer z psem, zresztą umówmy się, że Moda przed duże ,,M" stawia większe wymagania co do miejsc, w których mamy ją pokazywać, niż te wyżej wymienione.
  Ostatnio bardzo popularne stały się blogi tak zwanych ,,szafiarek", dziewczyn bawiących się modą. Młode dziewczyny, w większości nastolatki, prezentują swoje zestawy ubraniowe w sieci, radząc jak się ubierać, co ze sobą łączyć. Niestety, ja przeglądając owe blogi mam wrażenie, że większość z nich jest mocno przestylizowanych i wymuszonych, Nie wiem, może jestem fanką minimalizmu? Chodzenie na co dzień w niebotycznych obcasach wydaje mi się z grubsza niewygodne i dość wymuszone, podobnie jak ubieranie balerin do ciepłego futra jak to ostatnio zrobiła na przykład Suri Cruise (czy to nie jest chore, aby w takiej wypowiedzi powoływać się na niespełna pięcioletnie dziecko? Witajcie w XXI wieku...). Dlatego jeśli chodzi o moje typy modowe to mam dwa- Sienne Miller i Michelle Williams. Obydwie przeważnie wyglądają jakby nałożyły na siebie w pośpiechu kilka przypadkowych ubrań z wczorajszego dnia, mając gdzieś to co dyktują modowe magazyny, a jednocześnie według mnie zawsze wyglądają świeżo, dziewczęco i niewymuszenie.

   

Trzeba przyznać, że w świecie, w którym do codziennego życia wkradła się postarzająca czerwona szminka, tlenione włosy, obcasy i sztuczne futra, taka moda w iście brooklyńskim stylu jest mile widziana.  Miło jest popatrzeć na coś co nie przypomina Lady Gagi przebranej za prezerwatywę czy Taylor Momsen z makijażem pandy i stylem na prostytutkę, bo przecież naturalność i dziewczęcość jest zawsze w modzie, prawda?

sobota, 19 lutego 2011

I wanna do bad things with you.


Nie jestem zwolenniczką tak zwanej wampiromani, która opanowała świat po wielkim sukcesie komercyjnym sagi Zmierzch, chociaż przyznaję się, że dwa tomy owej sagi zajmują miejsce w moich, nazwijmy to księgozbiorach i udało mi się przez nie przebrnąć bez większego szwanku i bólu dla mojej psychiki. Przyznaje, że  nie są to książki wysokich lotów, ale dla dziewczynek w wieku 12-15 lat są wprost idealne, bo mamy tam wszystko co w tym wieku absorbuje- wielką, zakazaną miłość, przystojnego Edwarda, który zakochuje się w zwykłej, niezbyt urodziwej śmiertelniczce oraz kipiące wielkim romantyzmem dialogi. Ok, moje zdanie jest takie- lepiej żeby te dziewczynki czytały cokolwiek nawet takie książki niż żeby nie czytały nic. 
Z lekkim zażenowaniem za to obserwuje szum jaki dzieje się wokół Pattisona, wielkie napady obłędu fanek na jego widok, to, że nagle po Zmierzchu  przyszła wielka moda na wampiry, które krzyczą do nas już nie tylko z okładek książek i kin, ale również z szklanego ekranu, za pomocą dwóch bardzo popularnych ostatnio serialów jakimi są Pamiętniki wampirów i True Blood, którego to historia wciągnęła mnie pewnego dnia. Jest to wampirza historia dla dorosłych, gdzie sceny seksu przewijają się równie często co w Californication, a krew leje się hektolitrami. Akcja serialu rozgrywa się w małym miasteczku, w którym ludzie nie mają zbyt wielu perspektyw i coraz częściej marzą o wyrwaniu się jak najdalej. Bohaterowie albo pracują w barze, kopią rowy albo się prostytuują żeby jakoś wiązać koniec z końcem, kątem oka obserwując w kanałach telewizyjnych jak w wiadomościach politycy walczą z przedstawicielami wampirów domagającymi się dla nich takich samych praw jak dla innych obywateli, chociażby tych dotyczących głosowania w wyborach. Tak, tak, bowiem w True Blood wampiry nie żyją w ukryciu, o ich istnieniu wiedzą wszyscy i coraz mniej ludzi obawia się ich, ze względu na to, że parę lat temu wynaleziono tak zwaną syntetyczną krew, która doskonale przypomina krew ludzką, a która pomaga wampirom w zaspokajaniu ich potrzeb. Nie brakuje jednak wątku, który zawsze przyciągnie widownie, zwłaszcza tę kobiecą, czyli miłości. Otóż główną bohaterką serialu jest Sookie, śmiertelniczka, która ma dar czytania w myślach ,co jak można się domyślić, bardzo utrudnia jej życie, zwłaszcza to uczuciowe. Pewnie właśnie dlatego, gdy poznaje Billa, wampira, któremu jako jedynemu nie może zajrzeć głęboko w umysł zakochuje się od razu. Z wzajemnością...

Serial posiada świetne zdjęcia i wspaniały klimat, w który wprowadza nas niesamowita czołówka, którą można nazwać wręcz arcydziełem. Przeważnie czołówki mają nam za zadanie przedstawić bohaterów, są nudne i w trakcie ich trwania ludzie idą do łazienki, czy kuchni przygotować sobie herbatę. W tym przypadku jest jednak inaczej, ową czołówkę chcę się oglądać cały czas, od początku. 


sobota, 5 lutego 2011

,,Nigdy nie przyjaźniłam się z żadnym mężczyzną. Przyjaźnię się z kobietami, z mężczyznami pieprzę. "


Jeśli Louis miał rację i możemy liczyć tylko na jedną miłość – mój chłopak to Nowy Jork. Nie pozwolę nikomu źle o nim mówić. 

Przez dłuższy czas byłam bardzo uprzedzona do tego obrazu. Zadziałała w tym przypadku opinia publiczna, która przykleiła temu serialowi etykietkę niegrzecznej opowieści o seksie. Dodajmy do tego jeszcze fakt iż podobno nasz rodzimy Klub szalonych dziewic powstał w oparciu o ten serial, a mamy mniej więcej wyrobioną opinię na temat głównych bohaterek, bez skuszenia się na chociaż jeden odcinek opowiadający historię ich życia. 
Nie wiem co pewnego dnia zmusiło mnie do włączenia pierwszego odcinka pierwszego sezonu , pewnie była to nuda, która dopadła mnie pewnego zimnego wieczora.
Dawno nie ubawiłam się i jednocześnie nie wzruszyłam tak, jak podczas tych kilkunastu dni ,podczas których zanim zdążyłam się zorientować pochłonęłam wszystkie 6 sezonów. Z definicji i doświadczeń jakie zdobywamy dzięki telewizji, zdaje nam się, że serial gdzie o seksie opowiada się przy lunchu musi być płytki. W tym przypadku jest jednak inaczej. Przy niegrzecznych rozmowach towarzyszą nam iście życiowe sytuacje i życie ludzi w wielkim mieście.
Carrie Bradshaw jest pisarką. Prowadzi kolumnę o seksie w magazynie New York Star. Każdy odcinek serialu wplata się w ciekawy sposób w temat jej kolejnego artykułu. Dzięki temu obserwujemy sytuacje bliskie w pewien sposób każdemu z nas- wymagania jakie stawia nam społeczeństwo dotyczące tego, że w pewnym wieku należy wyjść za mąż i urodzić dziecko, a jeśli  się tego nie zrobi jest się świrem odstającym od reszty, problem bezpłodności, toksycznego związku, który nie pozwala o sobie zapomnieć i wraca  w najmniej odpowiedniej chwili, chemioterapii, zakochaniu się w mężczyźnie, który wykształceniem i obyciem w świecie nie pasuje do nas, no bo pani prawnik i zwykły barman? Co by na to powiedzieli ludzie! 
Dawno nie wybuchałam tyle razy nieopanowanym śmiechem ile podczas tego serialu. Ale i sytuacje, w których coś ściskało mnie za gardło można by mnożyć, jak na przykład te kiedy Miranda zdradziła Smitha a on czekał na nią pod windą i jak ogolił sobie głowę żeby nie było jej przykro... I jak Carrie spotkała Aidana z dzieckiem na rękach zdając sobie sprawę, że wszystko idzie do przodu tylko ona stanęła w martwym punkcie...Jak Miranda zgodziła się dla Steva zamieszkać na Brooklynie.. Jak Charlotta poroniła i jak w końcu dowiedzieli się z Harrym, że będą mogli zaadoptować małą chinkę... 


Myślę, że najważniejszą nauką płynącą z tego serialu jest to, że nie warto planować sobie swojego idealnego życia, w którym będziemy szczęśliwi i w pełni zrealizowani, bo to wszystko w końcu okaże się tylko złudzeniem. Prawdziwe szczęście nie spotka nas z  wyimaginowanym przystojnym brunetem o zielonych oczach, ale z niskim, łysym facetem, bo ile można zachwycać się muskułami gdy życie sprawia tyle problemów i w końcu należy spotkać kogoś kto będzie je wspólnie z nami dzielił? I, że nie daje szczęścia samotne mieszkanie na Manhattanie, lecz dom na Brooklynie w otoczeniu męża, dziecka i teściowej chorej na Alzheimera. Bo idealne życie w gruncie rzeczy jest puste czyż nie?

czwartek, 3 lutego 2011

Rzeczywistość.


Czy tylko ja odnoszę ostatnio wrażenie, że życie popycha nas w całkiem nieznane miejsca i sytuacje, w których nie potrafimy się odnaleźć? Presja bycia dorosłym i podejmowania coraz ważniejszych decyzji spada na nas każdego dnia i chyba coraz mniej zaczyna mi to odpowiadać, wręcz sprawia, że zaczynam wariować nie mogąc sobie znaleźć miejsca, zadając sobie jednocześnie to najważniejsze pytanie -Co zrobić? Niby człowiek zastanawiał się nad tym od lat, już w dzieciństwie planował swoją karierę zawodową mówiąc rodzicom, że zostanie panią fryzjerką, strażakiem, opiekunką. Lecz co z tym wszystkim co dzieje się teraz? Co z rzeczywistością? Jeszcze dwa lata temu wszystko było takie proste- prawo, własna kancelaria w centrum Warszawy i życie skrupulatnie budowane  w myślach podczas oglądaniu serialu Magda M. To wszystko jednak zniknęło i ustąpiło miejsca rzeczywistości.  Wysokiemu wynikowi matury, który trzeba zdobyć by dostać się na owe prawo. Mnóstwu pracy i determinacji jaką trzeba posiadać by się na nim utrzymać. Stresowi. Mnóstwu pieniędzy, które trzeba wydać podczas aplikacji.
Co jest właściwe? Pogodzenie pracy z swoim hobby, czy oddzielenie hobby od sposobu na zaspokajanie swoich potrzeb z wyższych hierarchii piramidy Maslowa? Czy ważniejsze jest przyjście do domu z uśmiechem na twarzy i świadomością, że wreszcie po wypełnieniu wszystkich obowiązków możemy zająć się tym co naprawdę sprawia nam przyjemność? Czy może zamienienie swojej przyjemności w pracę ,tak by nie było już czego wyczekiwać, bo zrobiliśmy wszystko w godzinach pracy? I co zrobić by pewnego dnia nie obudzić się, zdając sobie sprawę z tego, że życie przepłynęło nam przez palce, a my nie zrobiliśmy tego czego naprawdę chcieliśmy? Że nieświadomie dołączyliśmy do kasjerek marzących o byciu aktorkami, lekarzy pragnących być piłkarzami. Co zrobić by nie zdać sobie sprawy z tego, że rzeczywistość gdzieś spustoszyła nasze marzenia, które tak pielęgnowaliśmy będąc młodzi? 
 Nie wiem. Podobno nie jest ważne co robisz, ale gdzie to robisz. Nie wiem co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc, za rok i chyba o to nie dbam. Ważne jest żeby tego 1 października 2012 roku przekroczyć drzwi uczelni z uśmiechem na twarzy, ze oto właśnie jestem na właściwych studiach, w właściwym miejscu. A póki co ona jest tym miejscem.