Przeważnie jest tak, że to co najlepsze odkrywa się całkiem przypadkowo. Tak jest właśnie w ich przypadku. Zachęcona pełnym optymizmu wywiadem i równie optymistyczną recenzją ,skusiłam się oddać Pauli i Karolowi swój wolny czas. Cóż, urzekli mnie. W czasach, gdy polska muzyka przestała do mnie trafiać w jakiekolwiek postaci, czy to zarówno w postaci Pectusa z wijącym się wokół mikrofonu wokalistą w czarnych okularach, czy w postaci wszechobecnego szału na reggae, znalazłam perełkę. Perełkę warszawską, która w czasie chłodu, śniegu i błota, pod którym ślizgają się nasze stopy oraz koła samochodu, zaaplikowała mi pozytywną energię, uśmiech i wiarę, że przetrwamy do czasu pierwszych promieni słońca.
środa, 29 grudnia 2010
Born to be...fashionable!
Większość z nas zna film Diabeł ubiera się u Prady , a także jedną z scen pochodzących z tego filmu, mianowicie, gdy główna bohaterka w konfrontacji ze swoją szefową samo zło, Mirandą Priestly , mówi., że ,,jej moda nie dotyczy". Redaktor naczelna, grana przez Meryl Streep, słysząc te słowa patrzy na nią przenikliwie z wzrokiem pełnym pogardy, po czym mówi coś w stylu : ,,Nie dotyczy? A myślisz, że kto ubrał cię w ten sweter, który znalazłaś najprawdopodobniej na wysprzedaży? Kto myślał nad tym z jakiego materiału ma zostać on wykonany i dlaczego jest on w modrym kolorze?" Po czym wygłasza litanie na temat owego koloru, kolekcji, w których został wykorzystany i sztabu ludzi, którzy czuwali nad tym by został ciepło przyjęty przez odbiorców.
Moda, czy tego chcemy, czy nie, otacza nas z każdej strony. Są ludzie, którzy są w centrum tego świata. Tworzą kolekcje, udzielają wywiadów, przechadzają się po najsławniejszych światowych wybiegach, a obiekty aparatów są skierowane tylko na nich. Każdy z nas, czy tego chce czy nie, spotyka się na co dzień z takimi nazwiskami jak Chanel, Valentino, Dior. Każdy z nas wie kim jest Naomi Cambell, Claudia Schiffer, Anja Rubik , Kate Moss. Ci, którzy są troszkę bardziej otwarci na owe zjawisko znają zarówno nazwiska jak i prace Maria Tesino czy Helmuta Newtona.
Każdy z nas częściej czy rzadziej odwiedza sklepy odzieżowe. Może nie te z górnej półki, zważywszy na horrendalne ceny, które trzeba zapłacić za chociażby zwykły plecak z najnowszej kolekcji Chanel (12 tysięcy złotych!), ale czasem zwykłe sieciówki typu H&M, Bershka, Orsay, Zara. Wchodzimy do sklepu, oglądamy ubrania, komentujemy, zastanawiamy się, które wybrać, wreszcie dokonujemy zakupu, tym samym sprawiając, że praca jakiegoś projektanta, artysty trafiła w nasz gust na tyle, że zgodziliśmy prezentować się w niej na co dzień. Dlaczego na naszych ulicach praktycznie nie widać już , modnych pare lat temu, szerokich spodni? Bo ktoś zadecydował pewnego razu, że nie wypuści już modelek w takowych spodniach na wybieg. I cały świat go posłuchał.
Świat mody jest, dla mnie przynajmniej, sam w sobie bardzo odpychający. Zdaje sobie sprawę, że chcąc czy nie chcąc, biorę w nim udział jako konsument, lecz patrząc na to co przedstawia mi codziennie Fashion Tv czuje lekkie zażenowanie i pogardę, widząc mimikę niektórych osób siedzących w pierwszych rzędach podczas pokazów mody. Ubrani w ubrania, za cenę których niektórzy mogliby spłacić połowę 30 letniego kredytu zaciągniętego na mieszkanie, pewni siebie, robiący notatki i przekonani o własnej inteligencji i kluczowej roli w tym całym przedsięwzięciu, a tak naprawdę często zagubieni i nieszczęśliwi. Przez to, że w latach 90 rozpoczęło się szaleństwo na tzw. ,,top modelki", młode dziewczyny, początkujące, a często już znane modelki, wystawiane są na ciągłe komentarze opinii publicznej. Muszą pilnować wagi, ubioru, mimiki, chodzić po wybiegu w butach nienadających się do chodzenia. Często płacą za to największą cenę- narkotyki, anoreksja, bulimia, depresja.
Anna Wintour, redaktor naczelna Vouga, która według prasy nie potrafi nawet dobrze czytać ani pisać, uważna jest niemal za Boga. Od jej decyzji zależy niemal kariera każdej modelki, projektanta, czy fotografa. Jak wysoką cenę płaci za to ona sama, albo jej najbliżsi?
Kult dla modelek rozpoczął się również w Polsce za sprawą programu Top model, który za zasługą naszej ukochanej Asi Krupy, naszego niemal dobra narodowego, wszedł do życia codziennego i codziennych aplikacji na Facebooku.
Moda napędza media. Czym byłyby gazety, gdyby nie mogły napisać o ubiorze danej gwiazdy na takiej, a takiej gali? Wyobrażacie sobie to oburzenie, gdyby Jolanta Pieńkowska w studiu Dzień dobry TVN, pojawiła się nagle w rozciągniętym swetrze a`la Kourt Cobain? Już widzę te nagłówki na Pudelku, w Fakcie i minę oraz riposty naszej wielkiej znawczyni mody, Jolanty Horodyńskiej.
Moda to życie zwykłego człowieka. Nie wypada przecież ubrać się na 100 dniówkę w rozciągnięty dres, prawda?
Moda to sztuka. Kto nie odczuwa miłych, estetycznych doznań patrząc na piękne sesje cenionych fotografów,w których modelka i jej ubiór odgrywa kluczową rolę?
Moda to styl życia. Przecież to ubiór w większości przypadków świadczy o tym do jakiej subkultury należymy. Przecież to nie możliwe, żeby ktoś kto słucha black metalu, ubierał się w różowe spódniczki!
Moda to świat brudów. Czy to nie dziwne, że te same modelki, które mówią, że się nie głodzą, są szczęśliwe i twarde, na pytanie czy chciałyby żeby ich córka zdecydowała się na karierę modelki, w większości stanowczo zaprzeczają?
,,Moda to swoiste lustro ,w którym może przejrzeć się współczesny człowiek. Zobaczy w nim symbole, ideały piękna, fobie, strachy i wyobrażenia."
Exklusiv 95/96
,,Moda to swoiste lustro ,w którym może przejrzeć się współczesny człowiek. Zobaczy w nim symbole, ideały piękna, fobie, strachy i wyobrażenia."
Exklusiv 95/96
niedziela, 26 grudnia 2010
Sweet time.
Do niedawna nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jestem w stanie pochłonąć takie ilości słodkości. Od rana rozpoczęłam degustację michałków, przechodząc następnie do różnego rodzaju ciast, kończąc na tabliczce czekolady z kawałkami orzechów. Kocham święta! Wreszcie cały dzień mogę spędzić z laptopem na kolanach, słodyczach porozrzucanych wokół siebie, i z kolejnym odcinkami Californication (nowy sezon!) i Mad Men. Na zewnątrz pada śnieg, dzięki czemu przebrnęłam dzisiaj przez mroźny spacer i przez równie mroźne rozkminy. Niech już coś się zmienia, ta niepewność dotyczące pewnych rzeczy mnie dobija.
Święta, święta i po świętach. Nie od dzisiaj patrzę z lekką ironią na to iż przez cały miesiąc woła się i atakuje nas z każdej możliwej strony piosenkami pokroju Last Christmast, Mikołajami w centrach handlowych, po to by po przebrnięciu przez te 3 dni (z których 2 składały się w tym roku z, i tak wolnego weekendu) powrócić do pracy i codzienności. No, ale przynajmniej przez kilka tych wspaniałych tygodni poczuliśmy się trochę szczęśliwsi i bardziej wypoczęci (ok, babciu wiem, że żyłaś przy garnkach w kuchni, ale popatrz ilu ludzi na tym skorzystało, ha!). A ja, jak już wielokrotnie powtarzałam uwielbiam to świąteczne lenistwo i swoje dodatkowych 5 kg przybranych najprawdopodobniej przez ten czas.
Ok, lecę do Hanka. Nawet moja mama się wczoraj wzruszyła oglądając ze mną owy serial, mimo moich wątpliwości dotyczących tego, czy niektóre sceny są aby na pewno przeznaczone dla jej oczu. Oczywiście oglądanie nie mogło obyć się bez komentarzy takich jak ten, w którym obśmiała cylinder Hanka z 10 odcinka 2 sezonu : Nie przypominam sobie, żeby twój ojciec nosił coś takiego, a też był wówczas na czasie!
Droga Karen
Jeśli to czytasz, znalazłem w sobie odwagę żeby wysłać ten list- punkt dla mnie. Nie znasz mnie dobrze, ale potrafię opowiadać bez końca z jakim trudem przychodzi mi pisanie. Ten list to najtrudniejsza rzecz jaką przyszło mi napisać.
Poznałem dziewczynę,zupełnie przypadkiem, nie szukałem tej znajomości. Zaczęliśmy rozmawiać, a ja pomyślałem, że już do końca życia chcę prowadzić tę rozmowę. Mam przeczucie, że ona jest tą jedyną. Jest kompletnie zwariowana, sprawia, że się uśmiecham, wymaga ogromnej uwagi. Mówię o Tobie, Karen. To była ta dobra wiadomość. Zła jest taka, że nie wiem jak mam z Tobą być i to mnie przeraża. Bo jeśli nie będę z Tobą, stracimy się z oczu. Świat jest nieprzewidywalny, ludzie nie dostrzegają chwil, które mogą zmienić wszystko. Nie wiem co się z nami dzieje i nie umiem Ci powiedzieć, dlaczego powinnaś dla mnie tracić czas. Ale pachniesz domem i robisz wspaniałą kawę, a to coś znaczy. Zadzwoń do mnie.
Wiernie Twój,
Jeśli to czytasz, znalazłem w sobie odwagę żeby wysłać ten list- punkt dla mnie. Nie znasz mnie dobrze, ale potrafię opowiadać bez końca z jakim trudem przychodzi mi pisanie. Ten list to najtrudniejsza rzecz jaką przyszło mi napisać.
Poznałem dziewczynę,zupełnie przypadkiem, nie szukałem tej znajomości. Zaczęliśmy rozmawiać, a ja pomyślałem, że już do końca życia chcę prowadzić tę rozmowę. Mam przeczucie, że ona jest tą jedyną. Jest kompletnie zwariowana, sprawia, że się uśmiecham, wymaga ogromnej uwagi. Mówię o Tobie, Karen. To była ta dobra wiadomość. Zła jest taka, że nie wiem jak mam z Tobą być i to mnie przeraża. Bo jeśli nie będę z Tobą, stracimy się z oczu. Świat jest nieprzewidywalny, ludzie nie dostrzegają chwil, które mogą zmienić wszystko. Nie wiem co się z nami dzieje i nie umiem Ci powiedzieć, dlaczego powinnaś dla mnie tracić czas. Ale pachniesz domem i robisz wspaniałą kawę, a to coś znaczy. Zadzwoń do mnie.
Wiernie Twój,
Hank Moddy.
Come on baby, light my fire.
Ostatnie 3 dni spędziłam zaczytując się w biografii Jima Morrisona, którą zakupiłam dość dawno, lecz dopiero teraz znalazłam trochę wolnego czasu by wreszcie przebrnąć przez te blisko 400 stron.
Poeta, wokalista The doors, najprawdopodobniej jedynego rockowego zespołu pochodzącego z Ameryki, który tak głęboko zapisał się w podświadomości ludzi żyjących w latach 70 jak i tych współczesnych, mężczyzna wrażliwy na piękno, muzykę, a przede wszystkim na literaturę - tak przedstawiają go media. Szkoda, że dzisiaj wszystkich na siłę stara się wybielać, by legenda, która po nich pozostała jak najlepiej wpisywała się w umysły młodych ludzi. Mówi się : Widzicie, Jim Morrison przetrwał w naszej pamięci bo był tak wrażliwym artystą, poetą (!) i zrobił tak wiele dobrego dla ludzi. Takich ludzi podziwiano kiedyś i trzeba podziwiać i teraz. Szkoda tylko, że ten sam wrażliwy poeta podsunął sobie pod członka twarz zszokowanej wówczas Janis Joplin, upijał się, był nierozumiany przez kolegów, śpiewał patrząc prosto w oczy swojej matce, że chcę ją pieprzyć, a na końcu zaćpał się na śmierć.
Przy okazji faktycznie, uwielbiał czytać książki, które w setkach egzemplarzy porozrzucane były po zamieszkiwanych przez niego pokojach, ponad wszystko uwielbiał pisać i na swój sposób potrafił też kochać piękną Pamelę Courson, z którą kłócił się, rozchodził po to by po chwili ponownie się zejść, która wyrzucała jego rzeczy i książki przez okno po każdej większej kłótni, z którą zdradzali się nawzajem, a która na końcu umarła krótko po nim.
Pewnego wieczoru (Jim) przyszedł do domu z mnóstwem koki i szampana, a mnie potwornie odbiło. Czasem lubię...wiesz, jestem z Transylwanii, więc...powiedziałam mu, że lubię pić krew. A on na to: <<No to wypijmy trochę.>>. Ewa chwyciła jakieś zardzewiałe żyletki i zaczęła ciąć sobie ręce, a Jim patrzył na to z przerażeniem. Nagle wszędzie była krew- opowiadała Ewa- a my tańczyliśmy pośród niej w blasku księżyca. Potem przestraszaliśmy się, dokąd nas to może zaprowadzić, bo ranki po tych odlotach były naprawdę smutne. Kiedy człowiek budzi się w kałuży krwi...
sobota, 18 grudnia 2010
Effy, nothing bad is gonna happen. I'm gonna take care of you now. I promise.
-We'd be good together. don't you think?
-No.
-Why?
-Why?
-Because I'll break your heart.
-Maybe I`ll break yours.
- Nobody breaks my heart.
Skins. Serial znany doskonale większości nastolatków w Polsce. Nazywany nastoletnim odpowiednikiem Californication. Dlaczego? Pewnie dlatego, że przyzwyczajeni do udawanego, niewyimaginowanego życia nastolatków z LA lub YU, mających wszystko- opalone ciała, bogatych rodziców i pięknych przyjaciół, nagle stajemy przed całkiem nowym światem ukazanym w serialu telewizyjnym. Światem, w którym młodzi ludzie uprawiają seks, zażywają narkotyki, palą papierosy, klną w co drugim słowie, jednocześnie przeżywając to co wszyscy- swoje wzloty i upadki. Złe oceny, pierwsze zauroczenia, problemy rodzinne, anoreksję, związki homoseksualne, poważny wypadek, depresje, niechcianą ciążę. Skins to samo życie. W tym serialu nie chodzi o to co w większości. Nie mamy tutaj ubrań od najdroższych projektantów jak w Plotkarze, nie mamy słońca i półnagich facetów na plaży jak w 90210. Mamy Anglię. Zimną i deszczową. W tej, w której nie brakuje polskich akcentów, takich jak trudzenie się Sid nad wypracowaniem o Lechu Wałęsie i Solidarności, a co najważniejsze mamy w niej Effy Stonem. Effy, o czym świadczą liczne fora internetowe, po emisji serialu stała się idolką większości nastolatek oglądających Skins. Dziewczyny chcą być takie jak ona- niezależne i pewne siebie. Uwielbiają jej styl, chcą podobnie się ubierać i malować, przez to na YouTube roi się od filmików z instrukcją make up like Effy from Skins.
I mnie Effy urzekła. Nie na tyle by chcieć być taką jak ona i naśladować każdy jej ruch, nawet sposób palenia papierosów, ale jest ona zdecydowanie moją ulubioną bohaterką. Na swój sposób hedonistyczna, ale chcąca po prostu przetrwać w tym świecie, który często tak bardzo ją rani. Za wszelką cenę nie okazywać uczuć- to jej dewiza, o czym zresztą świadczy jej rozmowa z Freedim rozpoczynająca ten post. Pamiętam jak w wakacje zaczęłam oglądać ten serial i na początku była ona w nim tylko niesforną siostrą Tony`ego, a potem stała się kimś kogo losy najbardziej mnie interesowały. Razem z nią przebrnęłam przez problemy rodzinne, miłość do Freddy`ego, depresję i próbę samobójczą. Ganiałam naćpana po ulicach Bristolu i piłam wódkę niczym wodę. Płakałam i bałam się świata.
Uwielbiam seriale. SERIALE, nie serialiki czy telenowele, którymi karmin nas telewizja. Seriale też potrafią być sztuką, a przynajmniej potrafią nas wciągnąć, pokazać czyjeś losy w przejmujący sposób, potrafią być rozrywką i odprężeniem. Dlatego zawsze, gdy w piątek odpalam komputer i wiem, że czeka na mnie nowy odcinek Plotkary oraz Chirurgów, czuję się odprężona. Czasem też wracam do Californication czy Skins by znowu przeżywać pewne rzeczy na nowo, z nimi.
sobota, 11 grudnia 2010
Gdzie ci mężczyźni...?
Mężczyźni od zawsze byli wzrokowcami, na których działa uroda i seksapil kobiety, a jednocześnie wielu z nich posiada niesamowitą inteligencję. O ile kobiety, nawet w głupich programach śniadaniowych wypowiadają się jedynie na tematy dotyczące mody, najnowszej diety czy kremu na zmarszczki, mężczyźni komentują wydarzenia dnia codziennego. Czy tego chcemy czy nie, to właśnie mężczyźni są najlepszymi fotografami, dziennikarzami, pisarzami, reżyserami, aktorami czy piosenkarzami. Większość projektantów mody z największym dorobkiem to mężczyźni, fotografowie mody z wyróżniającymi się nazwiskami i sesjami zdjęciowymi to mężczyźni, począwszy od Helmuta Newtona kończąc na Mario Testino. Najlepsze filmy (i nie chodzi tu wcale o te oskarowe) tworzą mężczyźni. Nazwiska takie jak Al Pacino czy Antony Hopkins budzą respekt. Mikołaj Komar tworzy pismo, w którym zaczytuje się i w którym odnajduje za każdym razem coś nowego i inspirującego. Janusz Leon Wiśniewski i Piotr Najsztub posiadają mózgi, z którymi niejedna kobieta chciałaby uprawiać seks i to nawet ten bez zabezpieczenia! Bo narodziłyby się takie mądre, a zarazem wrażliwe na kulturę, ludzkie uczucia i świat dzieci! Dzięki mężczyzną mamy dzisiaj prąd, druk, Amerykę, czy nawet Microsoft. Ba, nawet Maria Curie- Skłodowska pierwiastki odkryła przy współpracy z mężem.
Mężczyźni inspirują i wzbudzają zachwyt oraz chęć poznania nie tylko dzięki swojemu wpływowi na nas, ale przede wszystkim inteligencji. To oni odkrywają dużą rolę w procesie socjalizacji swoich dzieci, chociaż muszę przyznać, że jeżeli chodzi o wdrażanie mnie w szeroko pojętą kulturę, mój ojciec nie miał na to zbyt wielkiego wpływu. Ba, na jaki by tylko film ze mną nie poszedł do kina, zasypiał. Przez wiele lat próbował wszczepić mi miłość do filmów pokroju Tańczącego z wilkami, Troi czy Gladiatora (choć tu uległam), a kulturowo wpływał na mnie tylko dzięki pieniądzom za które mogłam kupić sobie mój ukochany aparat, stosy gazet i książek zalegających na regale w moim pokoju. To wszystko nie zmienia to faktu, że jest świetny, jest mężczyzną i,w odróżnieniu od mojej matki mogę z nim godzinami rozmawiać o stylu gry Russela Crowe i Cate Blanchett.Także nie narzekajmy na mężczyzn tylko bierzmy z nich co najlepsze !
sobota, 4 grudnia 2010
24 lata. Geniusz. Zdrajca. Miliarder. Lubię to !
Ostatnio ze względu na promocję udostępnioną nam przez jedną z sieci operatorskich telefonii komórkowych, średnio raz w tygodniu oddaje się najprzyjemniejszej rozrywce, jaką jest oczywiście pójście do kina. Dzięki temu zajęciu odkrywam, że robi się coraz mniej filmów wartych uwagi, a zwłaszcza najmniej warte uwagi są te filmy, którym towarzyszy wszechobecny rozgłos i reklama. W mojej osobistej opinii większość reżyserów powinna wstydzić się tego, że zrobiła taki chłam i chować się z tego powodu po kątach, zamiast zapraszać na niego ludzi, chwalić się nim i z szerokim uśmiechem na ustach prezentować widzom ich ,,dzieło".
Wyjątek stanowią w tym przypadku jedynie dwa filmy. Mowa tutaj o ostatniej części Harry`ego Pottera oraz o The Social Network.
The Social Network obejrzałam już stosunkowo dawno, ponieważ w dniu polskiej premiery tego obrazu, a więc jeszcze w październiku. Udałam się na niego z mieszanymi uczuciami, nigdy nie byłam bowiem fanką portali społecznościowych i brałam pod uwagę fakt, iż następne 2 godziny spędzę najprawdopodobniej w towarzystwie wielkich maniaków Facebooka, którzy przez większość czasu dzielą się na nim swoimi przeżyciami, imprezami i prywatnymi momentami, takimi jak nawet zaręczyny czy ślub, z ludźmi, których co prawda mają w znajomych, ale w większości kojarzą tylko z szkolnych korytarzy czy z przystanku autobusowego.
Mimo wszystko byłam ciekawa tej historii. Chciałam poznać historię Marka Zuckerberga, który według Forbsa jest najmłodszym miliarderem na świecie, który opracował, jakby na to nie popatrzeć, zwykłą stronę internetową, która stała się symbolem skomputeryzowanych czasów XXI w. Stronę, na której każdy ,,nowoczesny" człowiek powinien posiadać konto, stronę, na którą codziennie loguje się miliony ludzi i która zbiera 6% populacji całego świata. Wiedziałam, że reżyserem tergo filmu jest David Fincher, który wyreżyserował wiele cenionych obrazów, tym bardziej więc byłam zaciekawiona co takiego musi być w Zuckerbergu, że zechciano zrobić o nim pełnometrażowy film i to jeszcze film, którego zrealizowania podjął się właśnie taki człowiek jak Fincher. Odpowiedź na owe pytanie przyszła szybko. Historia Facebooka nie jest bowiem tak do końca czysta. Zawiera wszystko, co może zwiastować sukces komercyjny. Mamy przeciętnego, niezbyt przystojnego, ale genialnego wręcz chłopaczka, który jest tak ambitny i pewny siebie, że nie zawaha się przed niczym aby osiągnąć swój cel. Mamy pokrzywdzonego przez niego przyjaciela, czyli rolę Andrew`a Garfielda, którego będziemy mieli okazję zobaczyć w najnowszym filmie o losach Spidermana, a który miał zapewne za zadanie przywołać do kin młodą rzeszę nastoletnich fanek. Mamy również Justina Timberlake`a, który miał pewnie takie samo zadanie jak Garfield , a który o dziwo zaskoczył mnie pozytywnie. Jego postać miała to ,,coś", ten błysk w oku, gdy mówił o pieniądzach, to przekonanie o geniuszu tego projektu, taką siłę przekonywania, że nawet ja byłabym w stanie zrobić sobie wodę z mózgu i pójść za nim , za jego pomysłami, żeby zdobyć to ,,bilion dolarów."
Historię rozpoczyna genialna w swej prostocie scena, podczas której Mark Zuckerberg rozmawia ze swoją ówczesną dziewczyną, takim językiem, że z lekkim pobłażaniem dla naszej nieświadomości i małej wiedzy wymieniałam porozumiewawcze spojrzenia z towarzyszącą mi podczas seansu koleżanką. Mówi szybko, chaotycznie, w końcu dziewczyna nie wytrzymuje i zrywa z nim. Tak po prostu. Potem okazuje się, że będzie to miało duży wpływ nie tylko na Marka, ale i na cały świat.
Film posiada wspaniały montaż oraz muzykę. Doskonale odzwierciedla obraz młodego, zagubionego studenta Harvardu, który wie, że jest kimś, że posiada niesamowitą inteligencję, a jednak cały czas ktoś podstawia mu kłody pod nogi. Najbardziej bowiem cierpi jego ego, gdy dowiaduje się, że jego przyjaciela Eduarda przyjmują do stowarzyszenia, o do którego należeniu zawsze marzył. Jednak jeszcze w przyszłości będzie miał sposobność odgryźć się za to, wyrzucając Eduarda z firmy, którą razem tworzyli.
Fabuła filmu kręci się głównie wokół dwóch spraw sądowych wymierzonych przeciwko Zuckerbergowi, dzięki czemu mamy sposobność przyjrzeć się walce prawników, ich profesjonalizmowi,a także temu jakie wrażenie robi na nim fenomen Facebooka, co widać w ich gestach, mimice i często naiwnych pytaniach.
Osobiście jeżeli chodzi o moje prywatne odczucie, jako osoby, która konta na facebooku nie posiada, najbardziej w osobie Marka Zuckerberga, śmieszy mnie jego przekonanie, że utworzył facebooka, aby zmienić świat na lepsze, aby pomóc ludziom. Dlaczego mnie to śmieszy? Nie dlatego, że podążam ślepo za tym co zostało ukazane w filmie i uważam, że stworzył ten portal do podrywania dziewczyn. Wiem, że w filmie są przekłamania. Jak jednak na lepsze może zmienić świat portal społecznościowy? Może zmienić jego oblicze, ułatwić kontakt, ale na tym koniec. To nie lek na raka, to nie najnowsza szczepionka przeciwko grypie, ani nowy pierwiastek chemiczny. To tylko chwilowa moda, która pewnie skończy się za szybciej niż 10 lat. Jednak na razie musimy się zmierzyć z tym, że wszyscy zachwycają się geniuszem człowieka, który wcale nie pogrywał czysto, że stawia się nam go za wzór w byciu przedsiębiorczym, że jeśli nie masz konta na ,,fejsie" nie istniejesz, a jeśli masz na nim mniej niż 100 znajomych nie warto się z Tobą przyjaźnić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







