poniedziałek, 31 stycznia 2011

This could be place where we start a rest of our life.


Uwielbiam ją. Uwielbiam ten wywiad, uwielbiam te słowa, które wypowiadała podczas niego. Uwielbiam jej oczy, gdy opowiadała o tym wszystkim i sposób w jaki powstrzymywała łzy.
Cóż, mi się to nie udało.
Te kilka minut opowiadało o tak wielkiej tragedii i miłości, że jest to wprost nie wyobrażalne.
Pierwsze takie słowa od dłuższego czasu, chyba konkretnie od 22 stycznia 2008 roku. 
I ta determinacja, z którą wykrzykiwała, że teraz najważniejsza jest dla niej Matilda i danie jej normalnego dzieciństwa.
Cóż, życie pisze nie raz niesamowite scenariusze.
O ile taką tragedię w ogóle można nazwać czymś niesamowitym.

sobota, 29 stycznia 2011

Samorealizacja.


Czy w życiu da się osiągnąć samorealizację? Czy w pewnym momencie znajdujemy się w takim miejscu, z którego jesteśmy pewni, że się nie stoczymy? Czy może całe życie znajdujemy się w miejscu przypominającym buty na płaskim obcasie- zachowujemy w nim równowagę dopóki nie wdepniemy w dziurę na środku chodnika?
Czy w naszym życiu są rzeczy pewne? Czy rozglądając się dookoła jest chociaż jedna rzecz, która na pewno się nie zmieni?  W dzisiejszym świecie lepiej jest nie przyzwyczajać się do danych sytuacji, ludzi czy miejsc bo wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Codziennie wstajesz do szkoły, ale zdajesz sobie sprawę z tego, że za kilka lat ją ukończysz i już nigdy więcej nie będziesz przemierzać tych korytarzy z torbą wypchaną podręcznikami. Podejmujesz pracę biorąc pod uwagę, że jak zdobędziesz trochę doświadczenia wymienisz ją na lepiej opłacalną. Poznajesz faceta, zakochujesz się w nim, a rok później znajdujesz się na imprezie w miejscu, gdzie jeszcze rok temu siedziałaś z nim, po to by zdać sobie sprawę, że ups, zerwaliście i to miejsce teraz kojarzy ci się z czymś innym i życie w nim toczy się dalej, wśród alkoholu, muzyki i ludzi. 
Przyjaźnie też się rozsypują czy tego chcemy czy nie. Prędzej czy później każdy z nas znajduje się na różnych etapach życia, których nie da się połączyć. Nasze społeczeństwo cierpi na notoryczny brak czasu i często jedynym sposobem by powiedzieć sobie: Cześć, pamiętasz mnie? Przyjaźnimy się od 5 lat, to ja słuchałam jak wypłakiwałaś mi się w kaptur i to ja zbierałam cię z ziemi po pijaku, jest rozmowa na gadu-gadu. 
Wielu ludzi robi tak zwane listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Ale czy tego chcemy czy nie, każdą taką listę trzeba aktualizować co parę miesięcy czy chociaż raz na rok. Bo odkryliśmy nowy zespół, na którego koncert musimy się udać, nowe miejsce, które warto zobaczyć. Marzymy o zdaniu matury. Jak ją znamy to marzymy o dostaniu się na studia. Jak się dostaniemy na studia to marzymy by je ukończyć. Jak ukończymy studia to marzymy o znalezieniu pracy. Znajdziemy pracę to chcemy wziąć ślub. Weźmiemy ślub to chcemy mieć dziecko. Mamy dziecko to chcemy następne. Potem chcemy żeby dzieci poszły na studia. Potem żeby dały nam wnuki. 
Nigdy nie osiągamy samorealizacji, nigdy nam nic nie pasuje, z roku na rok, gdy udaje nam się odznaczać kolejne rzeczy z listy tych do zrobienia przed śmiercią, dopisujemy nowe, co sprawia, że całe nasze życie to chcieć coś mieć i zdążyć to zrealizować.
Póki co dla mnie nic nie jest pewne. Oprócz tego, że codziennie po ciężkim dniu i kolejnych głupich sytuacjach wracam do domu. Ale to chyba jest najważniejsze.

+ Znowu zaprzyjaźniłam się z Pezetem, nasza przyjaźń jednak będzie wieczna <3

czwartek, 27 stycznia 2011

-Obiecałaś mi też na gorsze. Teraz jest moje gorsze.


Perełka. Jeden z lepszych, chwytających za serce filmów jaki miałam ostatnio sposobność oglądać. Szkoda tylko, że nie dowiedziałabym się o nim gdyby nie nominacja  Michelle Williams do Oskara za ten obraz, bo oczywiście nikt nie pomyślał o tym by owy film wyświetlać w Polsce. 
Gosling w wywiadzie, który oglądałam ostatnio podkreślał, że to przede wszystkim film o miłości. Że miłość jest w nim na pierwszym miejscu. Pewnie wiele nastoletnich dziewczyn, marzących o przysłowiowym księciu na białym koniu nie zgodziłaby się z tym już w pierwszych minutach filmu. Przeciętny zjadacz popcornu, któremu wmawia się, że filmy o miłości to te pokroju Miłości na wybiegu, Dlaczego nie!, bądź Pretty Woman nie uwierzy, że to film o miłości. No bo od kiedy miłość to dwoje osób prowadzących wspólnie dom i wychowujących córkę? Od kiedy miłość jest między dwójką osób, które praktycznie swoje codzienne życie prowadzą wokół przyziemnych spraw, takich jak wyjście do pracy, czy szkolne przedstawienie córki? To nie jest miłość. Miłość jest wtedy, kiedy ludzie trzymają się za ręce, całują się, bądź ich miłości pomaga przeznaczenie, spotykają się w najmniej spodziewanych miejscach, on ratuje ją przed samobójstwem, a ona doradza mu w wybiorcze koszuli w centrum handlowym.  Derek Cianfrance, reżyser Blue Valentine zgadza się z tym stwierdzeniem, dlatego w swoim filmie dzięki świetnemu montażowi dzieli fabułę na dwie przestrzenie- teraźniejszość i przeszłość. W teraźniejszości widzimy szkolne przedstawienia, śmierć psa, pojawiającą się łysinę, pracę nie do końca dającą satysfakcję. W przeszłości widzimy dwoje młodych ludzi. Ona jest typową ładną dziewczyną sportowca, traktowaną jak zwykły obiekt seksualny. Jest nieszczęśliwa w swoim związku i w domu, gdzie częściej słyszy kłótnie niż miłe słowa. Pragnie studiować medycynę. On jest wolnym duchem, artystą -potrafi grać na każdym instrumencie, śpiewać, malować, lecz nie skończył nawet liceum. Poznają się przypadkiem w domu opieki, kiedy on pomaga w przeprowadzce a ona odwiedza swoją babcię. On ją podrywa, on pozostaje jej obojętny. W końcu jednak trafiają na siebie ponownie, w  autobusie i zaczyna się iście romantyczna miłość. Ona opowiada mu kiepski żart. On dla niej śpiewa. Ona do tej piosenki tańczy. Uśmiechy, wygłupy, szczęście, istna sielanka dwójki młodych ludzi z marzeniami i miłością oraz szczęściem w kieszeni. Nic jednak nie jest takie kolorowe. Ona dowiaduje się o czymś co może zniszczyć całe jej życie. Mówi mu o tym, pewna, że on ją zostawi. Tymczasem dzieje się rzecz niespodziewana. Znają się bodajże kilka dni, a on nie dosyć, że ją wspiera to jeszcze poświęca wszystko dla niej. Chce stworzyć rodzinę jakiej sam nie miał. 
To właśnie ten aspekt powoduje, że ona kocha go jeszcze bardziej. Zresztą my, widzowie też. No, bo który mężczyzna zdobyłby się na coś takiego? Sprawa miłości w tej sytuacji jest przesądzona- ona na pewno łączy tych dwoje ludzi. Jak to się więc stało, że ta dwójka pełna marzeń  w przyszłości stanie się całkiem zwyczajnym małżeństwem z problemami? Koleje losu, życie, które często nie jest takie jak sobie wyobrażaliśmy?
Te wspólne pretensje i niespełnienie widać najlepiej w rozmowie, którą Cindy i Dean prowadzą podczas wspólnie spędzonej nocy w motelu. Cindy ma pretensje o to, że on ma w sobie tyle potencjału, tyle zdolności lecz nic z tym nie robi, ona natomiast ma poczucie niespełnienia, bo zamiast lekarzem została zwykłą pielęgniarką.
Myślę, że młode małżeństwa oglądając ten film popadły w kilkudniową nostalgię, bądź w ostateczności wychodząc z kina zastanawiały się Czy z nami też tak będzie? Małżeństwa z kilkuletnim stażem przez chwilę cofnęły się pamięcią do tego jak było kiedyś, gdy świat wydawał się taki kolorowy, a biała ślubna sukienka zwiastowała tak ogromne zaufanie, naiwność i ślepą ufność, że będzie dobrze.
Jeśli chodzi o mnie, nigdy nie rozumiałam jak można żyć w nieudanym małżeństwie ze względu na dzieci. Przecież dzieci też widzą, że ich rodzice są nieszczęśliwi ze sobą i przez to wcale nie czują się bezpieczniejsze i szczęśliwsze żyjąc z nimi pod jednym dachem. Mimo to wystarczyła jedna scena tego filmu, kiedy Frankie biegnie za Deanem, a potem wraca do Cindy i mówi  I love him bym zrozumiała wszystko. 


Życie wymaga od nas wielu poświęceń. Każdy z nas marzy o szczęśliwej rodzinie, spełnieniu w życiu zawodowym, realizowaniu swoich pasji. Mimo to czy znacie kogoś komu udało się zdobyć to wszystko?
Ja widzę dookoła siebie same małżeństwa pokroju Deana i Cindy. Wszyscy są niespełnionymi artystami, modelkami, dekoratorami wnętrz. Nikt nie robi nic dla siebie. Wszyscy za to mają rodziny, które powstały z wielkiej miłości. Miłości, która z czasem się wypala, mimo to sprawia, że życie jest lepsze i głębsze. I jest ważniejsza od codzienności, która z czasem przytłacza. 
Blue Valentine to dzieło, które powinno być wzorem. Z jednej strony mamy tutaj historię miłosną dla nastolatków, z drugiej ostry dramat i prozę życia przed którą nie da się uciec. Kipi emocjami. Mam do Michelle Williams bardzo prywatny stosunek i wielką sympatię, ale muszę przyznać, iż razem z Goslingiem pokazali klasę. I życie z tej najbardziej rozczarowującej strony.


niedziela, 23 stycznia 2011

Never give up, it's such a wonderful life.

 Witaj Kraków!


 Dawno nie odczuwałam takiej pozytywnej energii jak 21 stycznia. Obudziłam się z uśmiechem na ustach i -  o dziwo- o wyznaczonej godzinie. Lekkie podniecenie- wreszcie coś zaczyna się dziać, pierwszy krok do wyruszenia z tego miejsca, zmieniany codziennego widoku i przemierzanych ulic. 
Mimo iż swojej przyszłości  nie wiąże ze studiami w Krakowie, muszę przyznać, że przez ten jeden dzień czułam się jak świeżo upieczona studentka Uniwersytetu Jagielońskiego. 
Wsiadanie do pks-u obudziło we mnie pozytywne odczucia poznania czegoś nowego, mimo iż Kraków nie był dla mnie czymś nieodkrytym, miałam już styczność z tym miastem kilkakrotnie. 
Gdy dojechaliśmy tak bardzo skupiałam się na oglądaniu widoku zza okien pks-u a później auta, że na kilka godzin zapomniałam jaki był główny powód naszego przyjazdu.
Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła był widok masy młodych ludzi na ulicach. Gdzie by nie sięgnąć wzrokiem roiło się od studentów. Bardzo szybko weszłam w tą atmosferę, w czym zdecydowanie pomógł mi  kolega z akademika niosący reklamówkę z butelkami po wiadomej zawartości, ale cicho, wcale nie było słychać. 
Dotarliśmy do Galerii Krakowskiej po kilkakrotnym obejściu rynku i rozpoczęliśmy shopping. Galeria Krakowska przygniotła mnie swoją wielkością. Dochodząca z każdego sklepu muzyka i tłum ludzi działał na mnie odurzająco, w końcu chwyciłam pierwszy lepszy sweter i torebkę do ręki po czym pognałam do kasy, marząc o pójściu do empiku, gdzie mogłam w spokoju zająć się przeglądaniem książek i przy okazji dowiedzieć się, że moja wymarzona uczelnia awansowała na pierwsze miejsce w kraju. Gdzieś w między czasie zdążyłam też niechcący okraść jakiegoś przemiłego studenta z jego dniówki w Starbucksie, ale tak to jest kiedy myślami jest się albo przy świeżo poznanej dziewczynie, albo przy najbliższym egzaminie. 
W końcu dotarliśmy przed klub Studio, ustawiając się w kolejce i czekając na godzinę zero, czyli w tym przypadku 18:30, kiedy to mieli zacząć wpuszczać do klubu. Niestety, minuty uciekały, a drzwi w dalszym ciągu były zamknięte. Zaczynałam się już pomału denerwować, bo nie dość, że było mi cholernie zimno, to jeszcze kolejka powiększała się z sekundy na sekundę i zastanawiałam się w jaki sposób pomieścimy się wszyscy w środku. Pogodziłam się już nawet z faktem, że kilka najbliższych godzin spędzę w nieprawdopodobnym ścisku, ocierając się o nieznanych studentów bądź 50latków przeżywających drugą młodość.
W końcu drzwi się otworzyły. Po przeszukaniu mojej torebki przez niskiego, łysego ochroniarza (tak na marginesie, czy wszyscy ochroniarze muszą być łysi? To czyni ich groźniejszymi czy o co chodzi?) ustawiłam się w kolejce do szatni, która była, no cóż- ogromna. No, ale w końcu całe nasze życie to czekanie. 
Ku mojemu zdziwieniu, ale jednocześnie zadowoleniu, udało się nam zdobyć całkiem przyzwoite miejsca zaraz przy scenie, pozostawało więc tylko czekać. A jak się później okazało było na co. 
Support, czyli chłopcy z zespołu Kamp! skradli moje serce już przy pierwszej piosence. Przez cały ich występ potrafiłam tylko patrzeć na chłopaka podobnego do mojego przyszłego męża (jakby to powiedział profesor Lisicki- wiadomo o co lub w tym przypadku raczej, o kogo chodzi). Był niesamowity, zarażał pozytywną energią, miałam wrażenie, że przekazywał nam całą swoją muzykę, a ja po prostu stojąc tam chłonęłam ją całą sobą. Co pewien czas zerkałam też nerwowo na zegarek, nie chciałam bowiem aby kończyli swój występ, ponieważ miałam wrażenie, że tak naprawdę nie przyszłam tam dla Hurts, lecz właśnie dla nich, niestety wszystko co dobre szybko się kończy.
Jeżeli mam być szczera byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego koncertu. Bilet kupiłam trochę pod wpływem emocji, a potem już żal było nie jechać na wydarzenie, za które bądź co bądź zapłaciło się 110zł.
Nie jestem fanką Hurts i po tym koncercie wiele się nie zmieniło. Chłopcy nie grają muzyki w moim stylu, choć 4 ich piosenki są całkiem znośne. Pojechałam na ten koncert głownie dla rozrywki i by zobaczyć jak sobie radzą na koncertach. 
Gdy Theo wyszedł na scenę wzniosłam wymownie wzrok w sufit, zastawiając się jak wytrzymam te kilka nadchodzących godzin. Chłopcy byli ubrani w garnitury (to mnie akurat nie zdziwiło bo to ich znak rozpoznawczy) i mieli miny jakby przyszło im co najmniej odegrać marsz pogrzebowy. Byłam wściekła, że przez nich ze sceny musiał zejść tak wspaniały, wcześniej wspomniany zespół, jednak gdy zaczęli grać zmieniłam zdanie. Piosenki na żywo brzmiały o wiele lepiej niż na płycie, zdecydowanie mniej melancholijniej i mocniej, głos Theo dawał rade. Mimo to nie mniej nie więcej jego osoba działała mi po prostu na nerwy. Uśmiech, który kierował w stronę publiczności wydawał mi się mieć tylko za zadanie poruszyć damską, wpatrzoną w niego część publiki. O wiele bardziej w tym przypadku przypadł mi do gustu Adam, którego uśmiech był naturalny i jakiś taki nie wymuszony. 
Trzymanie się za serce w pewnych momentach piosenek wcale nie pomogło mi w lepszym odbiorze zachowania zespołu. Generalnie wolałam w pewnych momentach zamykać oczy niż na nich patrzeć, a już najbardziej działały mi na nerwy stojące wokół mnie dziewczyny mające miny jakby miały co najmniej zemdleć.
Generalnie utwierdziłam się w zdaniu, że ich zespół to taka nowość dla nastolatek chcących zdobyć nowego idola, którego plakaty mogłyby wieszać sobie nad łóżkiem, a jak było widać Theo nawet nie próbuje z tym walczyć, w przeciwieństwie na przykład do Jareda Leto. Zastanawiałam się też jakie odczucia towarzyszą im przy Wonderful life, piosence która mimo wszystko wyniosła ich na wyżyny, bo wiem, że zespoły przeważnie maja problem z graniem piosenek, które ich ,,wylansowały" bo po pewnym czasie, gdy widownia domaga się tylko tej jednej piosenki staje się to po prostu monotonne i uciążliwe. 
Mimo wszystko generalnie koncert był pod względem muzycznym dobry, a to przecież liczy się najbardziej. Zdecydowanie życzę zespołowi rozwoju i tego by nie zostali gwiazdą jednego kawałka.


środa, 19 stycznia 2011

To jest gra, mówią, że człowiek albo ma do niej smykałkę, albo nie.



Witaj w świecie, w którym praca i seks łączą się w jedno. Witaj w miejscu, w którym spędzasz 24 godziny w ciągu dnia. Witaj w miejscu, które może kojarzyć się jednocześnie z wariatkowem i domem, bowiem to właśnie tutaj śpisz, jesz, uczysz się, leczysz, nawiązujesz przyjaźnie, uprawiasz seks, zakochujesz się, płaczesz, nie masz sił do życia, śmiejesz się, przeżywasz wzloty i upadki i często nie możesz się z niego wydostać, bo właśnie trwa twój dyżur i twoim obowiązkiem jest bycie tutaj i teraz. Witaj w Seattle Grace Hospital. 

-Nasze życie toczy się na oddziale chirurgicznym, 7 dni w tygodniu, 14 godzin na dobę. Spędzamy więcej czasu razem niż osobno. Po pewnym czasie zasady rezydentury stają się zasadami życia, są takie same. I – zawsze prowadź zapis, zasada II – staraj się przechytrzyć rywala, zasada III – nie zaprzyjaźniaj się z przeciwnikiem.

Zanim zdecydujesz się podjąć tutaj pracę bądź zostać pacjentem, powinieneś wiedzieć, że chociaż mają tutaj wykwalifikowanych lekarzy często będziesz musiał trochę poczekać aż zajmą się twoimi sprawami, bowiem każdy z nich nie przychodzi do tego szpitala jedynie po to by ratować życie, chociaż oczywiście to jest dla nich bardzo ważne i do tego dążą każdego dnia. Niestety, każdy z lekarzy posiada dużo własnych problemów, zwłaszcza tych uczuciowych.


Poznaj Meredith Grey. Meredith jest córką sławnej lekarki, która choruje na Alzheimera, a która na dodatek była kiedyś kochanką szefa chirurgi, który przy okazji jest teraz szefem Meredith i by wynagrodzić jej zniszczone dzieciństwo i rozstanie rodziców traktuje ją, ku jej niezadowoleniu, jak własną córkę. 
Meredith jest zakochana w Dereku. Derek jest neurochirurgiem, jest wspaniały, przystojny i zawsze ma nienaganną fryzurę. Poznał Meredith w barze i spędzili wspólnie noc, po czym okazało się, że będą pracować w jednym szpitalu. Derek jak wcześniej wspomniałam wydaje się być idealny i nienaganny, ale ups, ma jedną wadę- jest żonaty. 
Meredith ma duży dom, a zważywszy na to, że mieszka w nim sama szuka współlokatora. Po pewnym czasie zamieszkuje u niej 3 znajomych ze stażu w szpitalu- Alex, Izzy i George i jak można się domyślić zaprzyjaźniają się ze sobą. 
Alex jest uosobieniem złego chłopca.Wychowany w patologicznej i biednej rodzinie jako jedynemu z rodziny udało mu się czegoś dokonać- skończyć medycynę. Mimo iż nie chcę się do tego przyznać jest w głębi duszy całkiem porządnym i miłym facetem. 
Izzy jest typową ładną i cycatą dziewczyną, którą uważa się przez to za troszkę głupiutką. Lecz czy to prawda? Jako studentka dorabiała jako modelka by mieć pieniądze na studia, bowiem też wywodzi się z biednej rodziny, mieszkała razem z matką barmanką w przyczepie. 
George jest taką lekką niezdarą. Niski, krępy, niepozbierany lecz o złotym sercu.
Ach, no i jest jeszcze Cristina, najlepsza przyjaciółka Meredith. Kujonka, przyszła na staż już z doktoratem w kieszeni. We wszystkim musi być najlepsza przez co jest ,,trochę" zarozumiała i samolubna, ale w ostateczności można na nią leczyć.
Całą tą 5 poznajemy w momencie, gdy rozpoczynają staż w Seattle Grace. Są pewni siebie, pragną zostać chirurgami. Przez kilka pierwszych sezonów obserwujemy ich z perspektywy takich troszkę głupiutkich studentów, którzy walczą miedzy sobą o obecność przy operacji, najciekawsze przypadki medyczne (a tych w serialu nie brakuje), często piją i uprawiają przygodny seks co w przypadku niektórych z nich kończy się nawet kiłą. 


Z roku na rok, z sezonu na sezon towarzyszymy im jednak przy wchodzeniu w dorosłość i coraz bardziej dramatycznych sytuacjach w ich życiu. Z głupiutkich stażystów stają się dorosłymi ludźmi w pełnego tego słowa znaczeniu, mimo to ciągle pakują się w kłopoty. Meredith i Derek cały czas chodzą koło siebie, lecz nie mogą się spotkać. Są ze sobą, zrywają i tak w kółko. On wraca do żony, ona zaczyna umawiać się z weterynarzem. On ratuje ją przed utonięciem. ona buduje mu dom ze świeczek. 


-Postaram ci się zaufać, bo razem możemy być wyjątkowi, a osobno zwyczajni. 

-Ale... pieprzyć szanse, pieprzyć naukę. Po prostu żyjmy. Cokolwiek się stanie... niech będzie. Ty i ja...
 
Cristina podobnie jak Meredith umawia się ze asystentem, lekarzem wyższym jej rangą, z powodu czego obie są zdecydowanie ostrzej traktowane przez postrach wszystkich stażystów- Mirande Bailey, ich opiekunkę, surową lecz będącą dla nich trochę jak matka:

-Wiecie, co by sprawiło, że będę zadowolona? Obsadzona grupa wypadkowa, odebrane wezwania do reanimacji, dostarczone badania z weekendu i ktoś na izbie przyjęć zajmujący się szyciem. Nikt nie będzie trzymał skalpela, dopóki nie będę tak szczęśliwa jak cholerna Mary Poppins! 


-Mogę być 4 lata w ciąży, mogę nie być w stanie zobaczyć swoich własnych stóp. Ale JESTEM doktor Bailey. Słyszę wszystko, wiem wszystko. Obserwuję wszystko i każdego z was i jeszcze tu wrócę.   

Cristina zachodzi w ciąże, jednak w końcu traci dziecko. Obserwujemy miłość jej i Burka, dwójki całkiem skrajnie różniących się  od siebie osób, które w końcu postanawiają wziąć ślub, który oczywiście nie dochodzi do skutku. Cristina zostaje sama w ich mieszkaniu- w białej sukni, której nie chciała i z ogolonymi brwiami, których kazała pozbyć się jej niedoszła teściowa. Jak sama przyznaje w późniejszych odcinkach serialu dla Burka poświeciła wszystko, w pewnym momencie zatracając własną osobowość, ale w końcu czego nie robi się dla miłości?


Izzy. Izzy, Izzy. To jest z Alexem, to z nim zrywa. W pewnym momencie zakochuje się w swoim pacjencie. Dla niego niszczy swoją karierę i popełnia przestępstwo. No, ale cóż Danny w końcu umiera. W kolejnych sezonach Izzy jest chora na raka i w ostateczności wychodzi za Alexa.



-Nigdy nie wiesz, że największy dzień twojego życia będzie największy. Dni, które sądzisz, że będą wielkie, nigdy nie są tak przerażające i wielkie, jak nam samym się wydaje. To są... zupełnie zwyczajne dni. Te, które zaczynają się normalnie. To są dni, które kończą się będąc najwspanialszymi. I dzisiaj był ślub. Był piękny. Perfekcyjny.

George nie może odnaleźć się w swoim życiu, zarówno osobistym jak i rodzinnym. Pochodzi z bardzo prostej rodziny i jako mądry lekarz nie może znaleźć z nimi wspólnego języka. W końcu jego ojciec umiera na raka. George jest załamany, w przypływie desperacji wychodzi w Vegas za Callie Torres (zdecydowanie moją ulubioną postać żeńską w serialu) a między czasie nie zalicza stażu i jako jedyny z przyjaciół powtarza rok.
 

Serial Chirurdzy, o którym tutaj mowa to zdecydowanie mój numer 1. Sezony od 1-5 są perfekcyjne, resztę pominę milczeniem. Świetni bohaterowie, świetne wątki i sceny, przy których można jednocześnie płakać i się śmiać. Oglądając Chirurgów mamy wrażenie jakbyśmy trafili do jakiegoś amerykańskiego domu, w którym roi się od niesfornych nastolatków, nad którymi próbuje zapanować ojciec, czyli szef chirurgii Richard Webber,który mimo wielkiej sympatii do wszystkich swoich pracowników, próbuje być ostry i trzymać cały szpital w pionie, a uwierzcie- to bardzo trudne zadanie. No bo co zrobić na przykład z czterdziestoletnim, uzależnionym od seksu chirurgiem plastycznym,  którego pielęgniarki oskarżają o molestowanie seksualne? Owym chirurgiem jest Mark Sloan, wiecznie młody chłopiec, najlepszy przyjaciel Dereka.


Warta większej uwagi jest jego przyjaźń z wcześniej wspomnianą Callie Torres, są bowiem jak tak zwane dwie dusze w jednym ciele, wspierają się dosłownie we wszystkim, nawet homoseksualnych związkach. Ich przyjaźń może służyć za wzór.


-Powiedziałeś to? Kocham Cię... Nie chcę żyć bez Ciebie... Zmieniłeś moje życie... Nie powiedziałeś tego? Robiłeś plany... Zdobywałeś cele... Zmagałeś się z tym. Ale rozejrzyj się... Rozkoszuj się tym. Bo to jest to. To wszystko może zniknąć jutro. 
Jednym słowem Chirurdzy są idealną pozycją dla wszystkich serialowych maniaków. Warto poświecić im swój czas i wejść w ich historię, która potrafi rozśmieszyć i wzruszyć do łez.

Towarzyszyć tym postacią od samych niesfornych początków do dorosłego życia, w którym Meredith i Cristina, wcześniej uciekające od miłości i topiące smutki w Tequli, stają się żonami, starającymi się nawet o dziecko, co kiedyś w ich postrzeganiu świata było nie możliwe.


Cóż, życie jest pełne niespodzianek, prawda?

You jump, I jump, remember?


Jest wiele filmów, do których wracam z miłą chęcią podczas nudnych wieczorów, mimo to jest tylko jeden film, który bardzo szczególnie zapisał się w mojej pamięci, a oglądanie go zawsze wywołuje u mnie zarówno uśmiech jak i łzy. Tym filmem jest oczywiście Titanic Jamesa Camerona.
Dlaczego Titanic jest dla mnie filmem szczególnym? Nie dlatego, że opowiada o wielkiej miłości a główną rolę męską gra tam Leonardo DiCaprio. Ten film jest dla mnie ważny, ponieważ bardzo mocno zapisał się w moim sercu i pamięci w dzieciństwie, i za każdym razem, gdy do niego wracam wywołuje u mnie wciąż takie same uczucia. 


Był rok 1997 kiedy Titanic pojawił się w kinach, a świat zwariował na jego punkcie.  To było jak nagłe uderzenie. Kate Winslet i Leonardo DiCaprio z dnia na dzień stali się gwiazdami. Dzisiaj obydwoje zgodnie przyznają, że ten czas był dla nich bardzo trudny i niechętnie wracają pamięcią do tamtych wydarzeń oraz do współpracy z Cameronem. Oskary, miliony ludzi w kinach, szał, który o dziwo przeniknął również do świata mojego dzieciństwa za sprawą oczywiście zwykłych karteczek do segregatora, które jako mała dziewczynka miałam zwyczaj zbierać. 
Pamiętam jak ciągnęłam mamę do sklepów żeby kupowała mi coraz to nowe wzory (?) karteczek i jak wymieniałam się z nimi koleżankami. Wszystkie bez wyjątku były zakochane w DiCaprio i przyrzekały sobie, że pewnego dnia za niego wyjdą. Kiedyś jedna z moich koleżanek przyniosła karteczkę, na której Leonardo był sfotografowany ze swoją ówczesną dziewczyną, jakąś blond modelką, której nazwiska nawet nie pamiętam. Potargałyśmy tą karteczkę na strzępy, zdeptałyśmy i wyrzuciłyśmy do kosza.
Potem przyszedł rok 1998 i ten dzień. Tata wrócił z pracy trzymając w ręku świeżo kupioną kasetę video Titanica. Jak ją chwyciłam i włożyłam do odtwarzacza tak mogłam oglądać w nieskończoność. Wpatrywałam się jak oczarowana w ten piękny, wielki statek, w pięknie ubraną Kate Winslet i w równie uroczego DiCaprio (no i w scenę, podczas której była ukazana naga Kate Winslet oraz scenę seksu pomiędzy nią a DiCaprio, trzeba to zaznaczyć i negatywnie ocenić zachowanie mojego ojca, który pozwolił  oglądać TAKIE sceny sześcioletniej córce). Nie pamiętam czy w ogóle rozumiałam o czym jest ten film, pamiętam tylko, że były to wielkie emocje, potem chwaliłam się koleżanką, które ten film znały tylko z kolorowych karteczek, że ja go oglądałam. 
Pamiętam jak razem z dziewczynkami w przedszkolu, ku przerażeniu naszych opiekunek, bawiłyśmy się w kręcenie w kółko a`la Rose i Jack na imprezie oraz jak wujek nagrał mi na kasetę piosenkę przewodnią wykonywaną przez Celine Dion. Wkładałam ją do walkmana i zasypiałam z ową piosenką w uszach. Dziadek kupił mi nawet ręcznik z Leonardo i Kate ukazanymi w słynnej scenie I`m flying. Parę lat później pogrzebałam moją miłość do tej sceny jednym ruchem- farbując włosy na czarno i wycierając je w ten ręcznik. Z Leonardo i Kate została tylko czarna smuga farmy z firmy Garnier.
Chociaż z roku na rok stawałam się coraz starsza i zaczynałam poznawać inne filmy, a typ urody Leonarda DiCaprio zdecydowanie przestał mi odpowiadać, Titanic w dalszym ciągu zajmował ważne miejsce w mojej pamięci i zawsze z wielką chęcią oglądałam go podczas zimowych wieczorów na Polsacie z tatą, który ze śmiechem wspominał jak potrafiłam na jego oglądaniu spędzać całe dnie, a ja zanosiłam się płaczem na scenie, podczas której Rose wyskakuje z szalupy i biegnie w stronę Jacka by ostatecznie rzucić mu się w ramiona. 
Titanic jest zdecydowanie największym symbolem lat 90. To on zrobił z Camerona, DiCaprio i Winslet gwiazdy. To on sprawił, że Leonardo DiCaprio stał się idolem nastolatek, które dziś pewnie mają swoje rodziny i dzieci. Posiada niesamowity soundtrack. Wzrusza swoją naiwnością. Pierwszy raz oglądałam go w przedszkolu. Potem kolejno w podstawówce, gimnazjum, liceum i najprawdopodobniej jeszcze nie raz wrócę do niego nawet na studiach. Bo są filmy nieśmiertelne. Dla mnie zdecydowanie jest nim właśnie Titanic.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Nic nie pisze tak niezwykłych historii jak życie.

Nie wiem dlaczego, ale mam pewien sentyment do oglądania oraz czytania biografii osób obecnych w mediach, czy wpisanych w naszą historię, zwłaszcza tą dotyczącą muzyki i filmu. Z tego powodu spędziłam kilka ostatnich dni oglądając takie filmy jak: This is it, Sid and Nancy, Dzień po ciężkim dniu i The doors. Nie chcę mi się opisywać dokładnie każdego z nich bo jestem dzisiaj strasznie zmęczona, ale oto taki mój mały ranking: 

1. The doors. 


Świetny film Olivera Stone`a z świetną kreacją Vala Kilmera. Członkowie oraz fani zespołu The doors nie zgadzają się jednak z tym, w jaki sposób została przedstawiona postać Morrisona. W moich oczach Jim Morrison był właśnie taką postacią, jak ta przedstawiona w filmie i wielu autobiografiach. Genialny, niezrozumiany, ale też wiecznie pijany. Dlatego nie rozumiem dlaczego mamy w sobie taką cząstkę, która chce, by każdy człowiek zasłużony dla muzyki był czysty jak łza. Zresztą nie tyczy się to tylko gwiazd rocka. Każdy z nas ma wady i zalety i nawet bóg rocka, za którego uważa się Morrisona, nie był  idealny i trzeba powiedzieć to wprost, a nie mydlić sobie oczy. Wracając jednak do tematu- świetna  obsada aktorska  (prócz Meg Rayan- ona jako Pamela działała mi straszliwie na nerwy, widać że kompletnie nie miała pojęcia o tym jak Courson się zachowywała, jaką rolę odgrywała w życiu Morrisona, zero przygotowania do roli co było widoczne), świetna muzyka i świetnie ukazany charakter epoki dzieci kwiatów, zdecydowanie polecam. 

2. Noc po ciężkim dniu.


Moi kochani chłopcy. O miłości do The Beatles mogłabym mówić godzinami. Świetny humor- Lennon jak zwykle niezawodny! Lekki film na nudne popołudnie, gdy się lubi angielski humor, chłopaków z The Beatles i ma się ochotę zobaczyć ich z trochę wyidealizowanej strony. Film pokazuje jeden dzień z życia zespołu i kręcony był w roku 1964, kiedy szał na The Beatles dopiero się zaczynał, a sami chłopcy byli młodzi, świeży i bardzo z sobą zaprzyjaźnieni, co udało ukazać się im w filmie. Śmieszne sytuacje, wzajemne dogryzanie-zdecydowanie film poprawiający humor. No i Ringo Starr, mój drugi obok Lennona ulubiony beatles. Oglądając go na ekranie i patrząc jak przyjaciele z zespołu dogryzają mu przy każdej okazji, zwłaszcza jeśli chodzi o jego nos miałam ochotę go przytulić.;) Nie mogę uwierzyć, patrząc na jego aktualne zdjęcia, że to ten sam krejzol jakim był w młodości.

3. This is it.


Film najświeższy z całej czwórki. Trafiłam na niego całkiem przypadkowo, szczęśliwym trafem był dzisiaj popołudniu emitowany na HBO. Cóż, miło się było cofnąć do czasów kiedy Michael Jackson był wśród nas. Film generalnie pokazuje kulisy powstawania trasy koncertowej, do której przed śmiercią przygotowywał się Jackson. Jeżeli chodzi o przemyślenia czy spostrzeżenia to mam kilka:
- Szkoda, że trasa nie doszła do skutku, fani którzy mieliby szczęście na niej być, mieliby co podziwiać, naprawdę. Dopracowana pod każdym kątem, pełna fantazji, nie boję się postawić tezy, że mogłaby być to najlepsza trasa koncertowa ostatniego dziesięciolecia. 
- Patrząc na Michaela wywijającego na scenie i robiącego słynny moonwalk, nie mogłam uwierzyć, że był schorowanym, zażywającym leki mężczyzną. Miał w sobie tyle energii, a kondycji mógłby pozazdrościć mu nie jeden młody człowiek. 
- Nie dziwię się, że rodzina Michaela stara się teraz zarobić na wszystkim co go dotyczy, widać było, że same przygotowania do trasy pochłonęły niesamowite ilości pieniędzy, a skoro nie doszła ona do skutku, koszty nie zwróciły się poprzez promocję czy bilety. Cóż.

4. Sid i Nancy. 


Film dotyczący miłości Sida Viciousa i Nancy Spungen, rozpoczynający się w momencie jej śmierci, po której Vicious trafia do więzienia i rozpoczyna opowieść o ich miłości. Miłości brudnej, gwałtownej i szaleńczej. Trzeba wspomnieć o tym, że fani Sex Pistols nienawidzą Nancy praktycznie tak samo jak fani Nirvany nienawidzą Courtney Love. Cóż, fakt  faktem, że najprawdopodobniej gdyby Sid nie poznał Nancy żyłby nadal. Lecz czy to uchroniłoby karierę Sex Pistols..? 
Film był zdecydowanie najsłabszy z wszystkich czterech tutaj przedstawionych i warto go obejrzeć tylko ze względu na kreacje Gary`ego Oldmana. Kochany Syriusz Black z Harry`ego Pottera jako ćpun i członek kapeli punkowej? To dla wielu musi być szok, ale za to jak udany! Natomiast strasznie działała mi na nerwy  Chloe Webb, moim zdaniem była sztuczna od początku do końca. Mimo to film Sid i Nancy jest na pewno obowiązkową pozycją każdego fana Sex Pistols i możliwe, że im się spodoba. Mnie nie urzekł, ale też wielką i oddaną fanką tego angielskiego zespołu nie jestem.

sobota, 15 stycznia 2011

Ty druha we mnie masz...


Dzisiejsze popołudnie ze względu na mało zachęcającą do spacerów pogodę za oknem, zdecydowanie zdominował odtwarzacz DVD, dzięki któremu na krótką chwilę wróciłam do beztroskich chwil dzieciństwa, które nic nie opisuje tak dobrze jak bajki Disneya. 
Mogłabym godzinami opowiadać o łzach wylanych na Królu Lwie, Pocahontaz czy o swojej pierwszej, samodzielnej wyprawie do kina bez taty na Tarzana. O podekscytowaniu, które towarzyszyło mi w czasach, podczas których w trakcie każdej nowej premiery filmowej, w McDonaldzie pojawiały się zabawki z podobiznami jej bohaterów. Miałam wszystkie zabawki z Toy Story poukładane na półce zaraz obok tych z Tarzana. Teraz nie ma już czegoś takiego, zabawki z McDonalda są zwykłym bezwartościowym plastikiem, który najczęściej zaraz po zakupie trafia od razu do śmietnika. 



Toy Story 3 miało swoją premierę latem, ale ja dopiero dzisiaj skusiłam się na spędzenie 1,5 godziny z Chudym i Astralem. To dziwne, że ostatni raz oglądałam Toy Story 2 kilka dobrych lat temu, a dokładnie pamiętałam imiona wszystkich zabawek czy wygląd pokoju Andy`ego. Jak widać, rzeczy towarzyszące nam w dzieciństwie nie umykają nam tak szybko jak dopiero co poznane wzory na matematyce.  
Nie zawiodłam się na tej bajce, nie tylko przez sentyment jaki we mnie obudziła, ale przede wszystkim za niesamowitą grafikę, pozwalającą uwolnić się od szarych dni stycznia. Kolory i bajkowy świat połączony z jak zwykle śmiesznymi dialogami i scenami, wywoływał na mojej twarzy uśmiech niemal w każdej minucie, a Astral jako gorący Hiszpan zdecydowanie powinien zająć miejsce w pierwszej dziesiątce rankingu magazynu People na najseksowniejszego żyjącego mężczyznę. Dodajmy do tego wszystkiego jeszcze nieśmiertelną melodię Ty druha we mnie masz... i zdecydowanie możemy dać owej bajce 10 na Filmwebie, z dodatkową prośbą do Disneya o więcej takich powtórek z rozrywki! O ile nie mogę ścierpieć kolejnych części Szklanej Półapki z zbliżającym się do wieku emerytalnego Brusem Willisem, tak nie pogardze nigdy wehikułem czasu w postaci Chudego, Pocahontaz, Dalmatyńczyków czy nieśmiertelnych Timona i Pumby. 


Z drugiej strony, zastanawialiście się kiedyś nad tym kiedy miała miejsce wasza ostatnia zabawa? Kiedy wzięliście ostatni raz do ręki waszą ukochaną lalkę/ klocki lego i kiedy odłożyliście je na półkę nie zdając sobie sprawy z tego, że już nigdy po nie nie sięgniecie? Ja nie pamiętam. Nie wiem jaki charakter miała moja ostatnia zabawa. Czy bawiłam się w dom, czy w sklep, czy w fryzjera. Nie pamiętam też co wtedy konkretnie tak bardzo zwróciło moją uwagę i spowodowało iż nie wróciłam nigdy do ukochanego spędzania czasu z lalką, której imienia nawet teraz zbyt dobrze nie pamiętam. Intuicja podpowiada mi , że były to Simsy odkryte przeze mnie w 3 klasie szkoły podstawowej.

piątek, 14 stycznia 2011

Home, sweet home.

Z ogromną ulgą a zarazem podekscytowaniem pomieszanym z euforią, wkraczam w okres ferii zimowych 2011. Lista rzeczy zawierająca filmy do oglądnięcia, książki do przeczytania oraz rzeczy do wykonania podczas zbliżających się dwóch tygodni z minuty na minuty powiększa swoją objętość, rozrastając się na  kilka kolejnych stron mojego świeżo zakupionego kalendarza. Warto też podkreślić, że gdzieś pomiędzy tym wszystkim leży przygotowany bilet na zabawę w Krakowie i vademecum do Wos-u, które w dalszym razie nie chce przywędrować do mojej dłoni...

Dziwnie czuję się z świadomością, że to moje przed ostatnie ferie zimowe w życiu. Tym bardziej, że wszystko jest jeszcze takie niepewne i niedopowiedziane, a plany zmieniają się z dnia na dzień coraz bardziej. Nigdy nie wędrowałam tyle razy palcem po mapie ile w trakcie kilku ostatnich dni.


Swój dzisiejszy wieczór ( a może raczej noc?) oddaje panom z zamieszonych tutaj zdjęć. Na dzień dzisiejszy nic innego poza ich darciem nie wstrzykuje mi takiej dawki pozytywnej energii.




 W głośnikach Sex Pistols- Anarchy in the UK.

piątek, 7 stycznia 2011

W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie.


Ponoć ceną sukcesu w mediach i w życiu publicznym jest utrata prywatności. Ponoć gdy doceniają twoją ,sztukę", obojętnie czy to w postaci muzyki jaką tworzysz, ról jakie odgrywasz w filmach, obrazów jakie malujesz, fotografii jakie robisz- gdy ludzie doceniają twoje wytwory, chcą wiedzieć kim jesteś, chcą cię chłonąć, wchodzić butami w twoje życie. Paparazzi oddadzą wszystko by zrobić zdjęcie piosenkarzowi w studiu podczas nagrywania piosenki, aktorowi na planie filmowym, malarzowi stojącemu oko w oko z sztalugą, a celebryci często żalą się wywiadach, że oni wcale nie zabiegają o uwagę, ona sama zabiega o nich. Przecież oni wcale nie uwielbiają tych fleszy i obiektów skierowanych wprost na nich!


Tymczasem pośród tego wszystkiego, tych fleszy, plotkarskich gazet, tłumaczeń i domysłów dotyczących tego czy obecność paparazzi podczas spaceru jakieś serialowej gwiazdki z dzieckiem w parku, była ustawką, a może zwykłym przypadkiem, żyje sobie Banksy - Brytyjczyk, legendarny artysta street artu. Jego prace sprzedawane są za kilkaset tysięcy dolarów, wystawy odwiedzają największe sławy Hollywood, w Londynie jego nazwisko zna większość mieszkańców. Co jest jednak nietypowego w Banksym? A to, że pomimo iż jego dzieła posiadają najwięksi kolekcjonerzy sztuki, wystawy odwiedzają wyżej wspomniane sławy, nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska, nikt nigdy nie widział jego twarzy. To znaczy na pewno widział, ale nigdy nie podczas publicznego wystąpienia. Mało tego, Banksy wyreżyserował niedawno swój pierwszy film Wyjście przez sklep z pamiątkami, opowiadający o zjawisku street artu, w którym zresztą sam występuje, deformując głos, zakładając kaptur i zasłaniając twarz. Jak udało mu się zachować anonimowość w  współczesnym świecie pomimo licznych dokonań w swojej dziedzinie? Pytanie to w dalszym ciągu pozostaje bez odpowiedzi.
Banksy w swoim filmie bawi się z widzem. Pokazuje mu śliczne obrazki, kulturę street artu i teraz do nas należy co z tego wyniesiemy i po której stronie barykady staniemy. Po tej, która uważa street art za wandalizm, czy po tej, która uważa to za sztukę? Ja stanęłam zdecydowanie po tej drugiej.


Banksy na początku swojego filmu przedstawia nam postać Thierry`ego Guetta, który jest ekscentrycznym sprzedawcą odzieży, francuzem, który nagle postanawia rzucić wszystko i popędzić w świat z kamerą w dłoni, podglądając mistrzów street artu, zaprzyjaźniając się z nimi, a na końcu sam zostając jednym z nich. Jego prace licytowane są już podczas pierwszej wystawy za niebotyczne ceny. Jak to mówią - od zera do bohatera. Tylko czy postać Guetta jest na pewno prawdziwa? A może ma za zadanie wyśmiewać nasze spojrzenie na pewne sprawy? Odpowiedź na to pytanie zna najprawdopodobniej tylko Banksy, bo jak przez tyle lat udało mu się zrobić z mediów wariatów, tak z widzem idzie mu równie dobrze.