Dawno nie odczuwałam takiej pozytywnej energii jak 21 stycznia. Obudziłam się z uśmiechem na ustach i - o dziwo- o wyznaczonej godzinie. Lekkie podniecenie- wreszcie coś zaczyna się dziać, pierwszy krok do wyruszenia z tego miejsca, zmieniany codziennego widoku i przemierzanych ulic.
Mimo iż swojej przyszłości nie wiąże ze studiami w Krakowie, muszę przyznać, że przez ten jeden dzień czułam się jak świeżo upieczona studentka Uniwersytetu Jagielońskiego.
Wsiadanie do pks-u obudziło we mnie pozytywne odczucia poznania czegoś nowego, mimo iż Kraków nie był dla mnie czymś nieodkrytym, miałam już styczność z tym miastem kilkakrotnie.
Gdy dojechaliśmy tak bardzo skupiałam się na oglądaniu widoku zza okien pks-u a później auta, że na kilka godzin zapomniałam jaki był główny powód naszego przyjazdu.
Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła był widok masy młodych ludzi na ulicach. Gdzie by nie sięgnąć wzrokiem roiło się od studentów. Bardzo szybko weszłam w tą atmosferę, w czym zdecydowanie pomógł mi kolega z akademika niosący reklamówkę z butelkami po wiadomej zawartości, ale cicho, wcale nie było słychać.
Dotarliśmy do Galerii Krakowskiej po kilkakrotnym obejściu rynku i rozpoczęliśmy shopping. Galeria Krakowska przygniotła mnie swoją wielkością. Dochodząca z każdego sklepu muzyka i tłum ludzi działał na mnie odurzająco, w końcu chwyciłam pierwszy lepszy sweter i torebkę do ręki po czym pognałam do kasy, marząc o pójściu do empiku, gdzie mogłam w spokoju zająć się przeglądaniem książek i przy okazji dowiedzieć się, że moja wymarzona uczelnia awansowała na pierwsze miejsce w kraju. Gdzieś w między czasie zdążyłam też niechcący okraść jakiegoś przemiłego studenta z jego dniówki w Starbucksie, ale tak to jest kiedy myślami jest się albo przy świeżo poznanej dziewczynie, albo przy najbliższym egzaminie.
W końcu dotarliśmy przed klub Studio, ustawiając się w kolejce i czekając na godzinę zero, czyli w tym przypadku 18:30, kiedy to mieli zacząć wpuszczać do klubu. Niestety, minuty uciekały, a drzwi w dalszym ciągu były zamknięte. Zaczynałam się już pomału denerwować, bo nie dość, że było mi cholernie zimno, to jeszcze kolejka powiększała się z sekundy na sekundę i zastanawiałam się w jaki sposób pomieścimy się wszyscy w środku. Pogodziłam się już nawet z faktem, że kilka najbliższych godzin spędzę w nieprawdopodobnym ścisku, ocierając się o nieznanych studentów bądź 50latków przeżywających drugą młodość.
W końcu drzwi się otworzyły. Po przeszukaniu mojej torebki przez niskiego, łysego ochroniarza (tak na marginesie, czy wszyscy ochroniarze muszą być łysi? To czyni ich groźniejszymi czy o co chodzi?) ustawiłam się w kolejce do szatni, która była, no cóż- ogromna. No, ale w końcu całe nasze życie to czekanie.
Ku mojemu zdziwieniu, ale jednocześnie zadowoleniu, udało się nam zdobyć całkiem przyzwoite miejsca zaraz przy scenie, pozostawało więc tylko czekać. A jak się później okazało było na co.
Support, czyli chłopcy z zespołu Kamp! skradli moje serce już przy pierwszej piosence. Przez cały ich występ potrafiłam tylko patrzeć na chłopaka podobnego do mojego przyszłego męża (jakby to powiedział profesor Lisicki- wiadomo o co lub w tym przypadku raczej, o kogo chodzi). Był niesamowity, zarażał pozytywną energią, miałam wrażenie, że przekazywał nam całą swoją muzykę, a ja po prostu stojąc tam chłonęłam ją całą sobą. Co pewien czas zerkałam też nerwowo na zegarek, nie chciałam bowiem aby kończyli swój występ, ponieważ miałam wrażenie, że tak naprawdę nie przyszłam tam dla Hurts, lecz właśnie dla nich, niestety wszystko co dobre szybko się kończy.
Jeżeli mam być szczera byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego koncertu. Bilet kupiłam trochę pod wpływem emocji, a potem już żal było nie jechać na wydarzenie, za które bądź co bądź zapłaciło się 110zł.
Nie jestem fanką Hurts i po tym koncercie wiele się nie zmieniło. Chłopcy nie grają muzyki w moim stylu, choć 4 ich piosenki są całkiem znośne. Pojechałam na ten koncert głownie dla rozrywki i by zobaczyć jak sobie radzą na koncertach.
Gdy Theo wyszedł na scenę wzniosłam wymownie wzrok w sufit, zastawiając się jak wytrzymam te kilka nadchodzących godzin. Chłopcy byli ubrani w garnitury (to mnie akurat nie zdziwiło bo to ich znak rozpoznawczy) i mieli miny jakby przyszło im co najmniej odegrać marsz pogrzebowy. Byłam wściekła, że przez nich ze sceny musiał zejść tak wspaniały, wcześniej wspomniany zespół, jednak gdy zaczęli grać zmieniłam zdanie. Piosenki na żywo brzmiały o wiele lepiej niż na płycie, zdecydowanie mniej melancholijniej i mocniej, głos Theo dawał rade. Mimo to nie mniej nie więcej jego osoba działała mi po prostu na nerwy. Uśmiech, który kierował w stronę publiczności wydawał mi się mieć tylko za zadanie poruszyć damską, wpatrzoną w niego część publiki. O wiele bardziej w tym przypadku przypadł mi do gustu Adam, którego uśmiech był naturalny i jakiś taki nie wymuszony.
Trzymanie się za serce w pewnych momentach piosenek wcale nie pomogło mi w lepszym odbiorze zachowania zespołu. Generalnie wolałam w pewnych momentach zamykać oczy niż na nich patrzeć, a już najbardziej działały mi na nerwy stojące wokół mnie dziewczyny mające miny jakby miały co najmniej zemdleć.
Generalnie utwierdziłam się w zdaniu, że ich zespół to taka nowość dla nastolatek chcących zdobyć nowego idola, którego plakaty mogłyby wieszać sobie nad łóżkiem, a jak było widać Theo nawet nie próbuje z tym walczyć, w przeciwieństwie na przykład do Jareda Leto. Zastanawiałam się też jakie odczucia towarzyszą im przy Wonderful life, piosence która mimo wszystko wyniosła ich na wyżyny, bo wiem, że zespoły przeważnie maja problem z graniem piosenek, które ich ,,wylansowały" bo po pewnym czasie, gdy widownia domaga się tylko tej jednej piosenki staje się to po prostu monotonne i uciążliwe.
Mimo wszystko generalnie koncert był pod względem muzycznym dobry, a to przecież liczy się najbardziej. Zdecydowanie życzę zespołowi rozwoju i tego by nie zostali gwiazdą jednego kawałka.
