Ostatnio ze względu na promocję udostępnioną nam przez jedną z sieci operatorskich telefonii komórkowych, średnio raz w tygodniu oddaje się najprzyjemniejszej rozrywce, jaką jest oczywiście pójście do kina. Dzięki temu zajęciu odkrywam, że robi się coraz mniej filmów wartych uwagi, a zwłaszcza najmniej warte uwagi są te filmy, którym towarzyszy wszechobecny rozgłos i reklama. W mojej osobistej opinii większość reżyserów powinna wstydzić się tego, że zrobiła taki chłam i chować się z tego powodu po kątach, zamiast zapraszać na niego ludzi, chwalić się nim i z szerokim uśmiechem na ustach prezentować widzom ich ,,dzieło".
Wyjątek stanowią w tym przypadku jedynie dwa filmy. Mowa tutaj o ostatniej części Harry`ego Pottera oraz o The Social Network.
The Social Network obejrzałam już stosunkowo dawno, ponieważ w dniu polskiej premiery tego obrazu, a więc jeszcze w październiku. Udałam się na niego z mieszanymi uczuciami, nigdy nie byłam bowiem fanką portali społecznościowych i brałam pod uwagę fakt, iż następne 2 godziny spędzę najprawdopodobniej w towarzystwie wielkich maniaków Facebooka, którzy przez większość czasu dzielą się na nim swoimi przeżyciami, imprezami i prywatnymi momentami, takimi jak nawet zaręczyny czy ślub, z ludźmi, których co prawda mają w znajomych, ale w większości kojarzą tylko z szkolnych korytarzy czy z przystanku autobusowego.
Mimo wszystko byłam ciekawa tej historii. Chciałam poznać historię Marka Zuckerberga, który według Forbsa jest najmłodszym miliarderem na świecie, który opracował, jakby na to nie popatrzeć, zwykłą stronę internetową, która stała się symbolem skomputeryzowanych czasów XXI w. Stronę, na której każdy ,,nowoczesny" człowiek powinien posiadać konto, stronę, na którą codziennie loguje się miliony ludzi i która zbiera 6% populacji całego świata. Wiedziałam, że reżyserem tergo filmu jest David Fincher, który wyreżyserował wiele cenionych obrazów, tym bardziej więc byłam zaciekawiona co takiego musi być w Zuckerbergu, że zechciano zrobić o nim pełnometrażowy film i to jeszcze film, którego zrealizowania podjął się właśnie taki człowiek jak Fincher. Odpowiedź na owe pytanie przyszła szybko. Historia Facebooka nie jest bowiem tak do końca czysta. Zawiera wszystko, co może zwiastować sukces komercyjny. Mamy przeciętnego, niezbyt przystojnego, ale genialnego wręcz chłopaczka, który jest tak ambitny i pewny siebie, że nie zawaha się przed niczym aby osiągnąć swój cel. Mamy pokrzywdzonego przez niego przyjaciela, czyli rolę Andrew`a Garfielda, którego będziemy mieli okazję zobaczyć w najnowszym filmie o losach Spidermana, a który miał zapewne za zadanie przywołać do kin młodą rzeszę nastoletnich fanek. Mamy również Justina Timberlake`a, który miał pewnie takie samo zadanie jak Garfield , a który o dziwo zaskoczył mnie pozytywnie. Jego postać miała to ,,coś", ten błysk w oku, gdy mówił o pieniądzach, to przekonanie o geniuszu tego projektu, taką siłę przekonywania, że nawet ja byłabym w stanie zrobić sobie wodę z mózgu i pójść za nim , za jego pomysłami, żeby zdobyć to ,,bilion dolarów."
Historię rozpoczyna genialna w swej prostocie scena, podczas której Mark Zuckerberg rozmawia ze swoją ówczesną dziewczyną, takim językiem, że z lekkim pobłażaniem dla naszej nieświadomości i małej wiedzy wymieniałam porozumiewawcze spojrzenia z towarzyszącą mi podczas seansu koleżanką. Mówi szybko, chaotycznie, w końcu dziewczyna nie wytrzymuje i zrywa z nim. Tak po prostu. Potem okazuje się, że będzie to miało duży wpływ nie tylko na Marka, ale i na cały świat.
Film posiada wspaniały montaż oraz muzykę. Doskonale odzwierciedla obraz młodego, zagubionego studenta Harvardu, który wie, że jest kimś, że posiada niesamowitą inteligencję, a jednak cały czas ktoś podstawia mu kłody pod nogi. Najbardziej bowiem cierpi jego ego, gdy dowiaduje się, że jego przyjaciela Eduarda przyjmują do stowarzyszenia, o do którego należeniu zawsze marzył. Jednak jeszcze w przyszłości będzie miał sposobność odgryźć się za to, wyrzucając Eduarda z firmy, którą razem tworzyli.
Fabuła filmu kręci się głównie wokół dwóch spraw sądowych wymierzonych przeciwko Zuckerbergowi, dzięki czemu mamy sposobność przyjrzeć się walce prawników, ich profesjonalizmowi,a także temu jakie wrażenie robi na nim fenomen Facebooka, co widać w ich gestach, mimice i często naiwnych pytaniach.
Osobiście jeżeli chodzi o moje prywatne odczucie, jako osoby, która konta na facebooku nie posiada, najbardziej w osobie Marka Zuckerberga, śmieszy mnie jego przekonanie, że utworzył facebooka, aby zmienić świat na lepsze, aby pomóc ludziom. Dlaczego mnie to śmieszy? Nie dlatego, że podążam ślepo za tym co zostało ukazane w filmie i uważam, że stworzył ten portal do podrywania dziewczyn. Wiem, że w filmie są przekłamania. Jak jednak na lepsze może zmienić świat portal społecznościowy? Może zmienić jego oblicze, ułatwić kontakt, ale na tym koniec. To nie lek na raka, to nie najnowsza szczepionka przeciwko grypie, ani nowy pierwiastek chemiczny. To tylko chwilowa moda, która pewnie skończy się za szybciej niż 10 lat. Jednak na razie musimy się zmierzyć z tym, że wszyscy zachwycają się geniuszem człowieka, który wcale nie pogrywał czysto, że stawia się nam go za wzór w byciu przedsiębiorczym, że jeśli nie masz konta na ,,fejsie" nie istniejesz, a jeśli masz na nim mniej niż 100 znajomych nie warto się z Tobą przyjaźnić.

