sobota, 5 lutego 2011

,,Nigdy nie przyjaźniłam się z żadnym mężczyzną. Przyjaźnię się z kobietami, z mężczyznami pieprzę. "


Jeśli Louis miał rację i możemy liczyć tylko na jedną miłość – mój chłopak to Nowy Jork. Nie pozwolę nikomu źle o nim mówić. 

Przez dłuższy czas byłam bardzo uprzedzona do tego obrazu. Zadziałała w tym przypadku opinia publiczna, która przykleiła temu serialowi etykietkę niegrzecznej opowieści o seksie. Dodajmy do tego jeszcze fakt iż podobno nasz rodzimy Klub szalonych dziewic powstał w oparciu o ten serial, a mamy mniej więcej wyrobioną opinię na temat głównych bohaterek, bez skuszenia się na chociaż jeden odcinek opowiadający historię ich życia. 
Nie wiem co pewnego dnia zmusiło mnie do włączenia pierwszego odcinka pierwszego sezonu , pewnie była to nuda, która dopadła mnie pewnego zimnego wieczora.
Dawno nie ubawiłam się i jednocześnie nie wzruszyłam tak, jak podczas tych kilkunastu dni ,podczas których zanim zdążyłam się zorientować pochłonęłam wszystkie 6 sezonów. Z definicji i doświadczeń jakie zdobywamy dzięki telewizji, zdaje nam się, że serial gdzie o seksie opowiada się przy lunchu musi być płytki. W tym przypadku jest jednak inaczej. Przy niegrzecznych rozmowach towarzyszą nam iście życiowe sytuacje i życie ludzi w wielkim mieście.
Carrie Bradshaw jest pisarką. Prowadzi kolumnę o seksie w magazynie New York Star. Każdy odcinek serialu wplata się w ciekawy sposób w temat jej kolejnego artykułu. Dzięki temu obserwujemy sytuacje bliskie w pewien sposób każdemu z nas- wymagania jakie stawia nam społeczeństwo dotyczące tego, że w pewnym wieku należy wyjść za mąż i urodzić dziecko, a jeśli  się tego nie zrobi jest się świrem odstającym od reszty, problem bezpłodności, toksycznego związku, który nie pozwala o sobie zapomnieć i wraca  w najmniej odpowiedniej chwili, chemioterapii, zakochaniu się w mężczyźnie, który wykształceniem i obyciem w świecie nie pasuje do nas, no bo pani prawnik i zwykły barman? Co by na to powiedzieli ludzie! 
Dawno nie wybuchałam tyle razy nieopanowanym śmiechem ile podczas tego serialu. Ale i sytuacje, w których coś ściskało mnie za gardło można by mnożyć, jak na przykład te kiedy Miranda zdradziła Smitha a on czekał na nią pod windą i jak ogolił sobie głowę żeby nie było jej przykro... I jak Carrie spotkała Aidana z dzieckiem na rękach zdając sobie sprawę, że wszystko idzie do przodu tylko ona stanęła w martwym punkcie...Jak Miranda zgodziła się dla Steva zamieszkać na Brooklynie.. Jak Charlotta poroniła i jak w końcu dowiedzieli się z Harrym, że będą mogli zaadoptować małą chinkę... 


Myślę, że najważniejszą nauką płynącą z tego serialu jest to, że nie warto planować sobie swojego idealnego życia, w którym będziemy szczęśliwi i w pełni zrealizowani, bo to wszystko w końcu okaże się tylko złudzeniem. Prawdziwe szczęście nie spotka nas z  wyimaginowanym przystojnym brunetem o zielonych oczach, ale z niskim, łysym facetem, bo ile można zachwycać się muskułami gdy życie sprawia tyle problemów i w końcu należy spotkać kogoś kto będzie je wspólnie z nami dzielił? I, że nie daje szczęścia samotne mieszkanie na Manhattanie, lecz dom na Brooklynie w otoczeniu męża, dziecka i teściowej chorej na Alzheimera. Bo idealne życie w gruncie rzeczy jest puste czyż nie?