Podekscytowanie, motyle w brzuchu i podniecenie wymieszane z oczekiwaniem na powrót mamy do domu. Powrót, który tak bardzo różnił się od wszystkich innych powrotów, bo w jej torebce znajdywała się ONA, kolejna część książki tak długo przeze mnie wyczekiwanej. Palce odbite na kolejnych stronach, posiadających lekkie wybrzuszenia, które do dzisiaj są pamiątką po tych wszystkich wylanych łzach. Światowy fenomen, z wraz którym dorastało tak wiele osób, w tym ja. Pierwszy film obejrzany jeszcze w podstawówce i ten ostatni, obejrzany prawie rok przed maturą. Siedem tomów, w których prawie na każdej stronie widać inspirację Tolkienem i II wojną światową; literatura fantastyczna, której fanką nigdy nie byłam. Ale to właśnie te książki kojarzą się ze smakiem dzieciństwa, z którym przyszło mi się pożegnać definitywnie tydzień temu. Jedyna książka, w trakcie której nie było czasu na jedzenie, sen czy potrzeby fizjologiczne, a kontakt ze światem zewnętrznym ograniczany zostawał do minimum. Twarze Daniela, Emmy i Rona najpierw tak dziecinne, teraz dorosłe i poważne. Gdzieś tam po drodze nasze zwyczajne problemy, niezależne od kont w banku, problemy ludzi nie tylko związanych z Harrym Potterem- pierwsza trawka, alkohol i miłości, z tą różnicą, że tylko ich zajmowały pierwsze strony tabloidów. A wśród tego wszystkiego postać drobnej blondynki, która postanowiła pewnego dnia w kawiarni opisać świat osieroconego chłopaka z różdżką, po to by kilka lat później obudzić się bogatszą od rodziny królewskiej.
Czas się pożegnać z historią, z którą na równi dorastaliśmy, płakaliśmy, śmialiśmy się i ewoluowaliśmy. Nox.
